Przez pierwszy okres naszego pobytu w Nowym Jorku, lekceważyliśmy sobie z Urbaniakiem sprawę podatków w USA. Wiadomo było np, że Al Capone poszedł siedzieć nie za mordowanie konkurencji, ale unikanie spotkań i rozliczeń z IRS-em, czyli tamtejszym fiskusem. Ale my Artyści? Kto by się tym przejmował.

REKLAMA
Przecież jak wyjeżdżaliśmy z Polski w 1973 roku, to nie byliśmy nawet w najmniejszym stopniu splamieni obowiązkiem meldowania swoich zarobków w Urzędzie Skarbowym. Ówczesna nasza państwowa instytucja PAGART (Polska Agencja Artystyczna) załatwiała koncerty polskim artystom i haracz wynosił 20%. Jeśli artysta sam sobie załatwił kontrakt, to wyjazd był załatwiany tylko przez Pagart i wtedy też trzeba było odpalić Pagartowi 20%. Natomiast płacić podatek za honorarium za grania klubowe, koncerty, projekty lub inne w kraju? Nigdy w życiu. Przypominam, że mówimy o latach 60,70-tych. Po naszym przyjeździe do Nowego Jorku, od czasu było kilka wtrąceń o podatkach przy okazyjnych towarzyskich rozmowach, ale według nas, w ogóle nas to nie dotyczyło.
Zresztą cokolwiek, żeśmy zarabiali, to zaraz było wydawane w większości na instrumenty. Michał (ma to zreszta do dziś) kocha elektroniczne nowinki, gadżety. Jak pojawiał się nowy keyboard na rynku, który kosztował kilka tysięcy dolarów, to był traktowany jak zachwycająca, piękna laska, żeby po miesiącu okazać się nudną, starą, nieatrakcyjną żoną. Mój tatuś jak przyjechał z Zielonej Góry do Nowego Jorku i zobaczył, jak się gospodarzymy, to złapał się za głowę. Michałowi wypadały z kieszeni dolary i nigdy ich nie liczył. Jak były pieniądze, to migiem znikały, więc tatuś zaczął mnie buntować. Mówił: "Uluś, Ty nie masz żadnej kontroli nad waszymi finansami (u nas w domu kasę trzymała mama). Michał jest finansowym dzieckiem we mgle i nie masz żadnego zabezpieczenia, gdyby np. Michał cię zostawił".
Byłam na tatusia oburzona. Michał mnie nigdy nie zostawi, tłumaczyłam tatusiowi podirytowana. Tatuś nie dawał za wygraną. "Uluś to przynajmniej zbieraj na boku jakieś drobne sumy i za jakiś czas z ziarnka do ziarnka zbierze się miarka". W końcu dałam się przekonać, żeby wyjmować Michałowi z kieszeni nieduże sumy i odkładać. Postanowiłam to robić, a w trosce o czyste sumienie powiedziałam sobie, że te odłożone pieniądze po cichu, przydadzą się nie dla mnie, ale dla nas na czarną godzinę. Zaczęłam akcję i ku mojemu zdumieniu, po dwóch tygodniach miałam w słoiku miedzy cukrem a mąką (Michał nie słodzi i nie gotuje!!) 1600 dolarów. Tak się tym faktem wkurzyłam, że pewnego ranka nie wytrzymałam i wybuchłam z wymówkami i pokazałam dowód, że Michał jest nieodpowiedzialny finansowo. Czekałam z satysfaskcją na jego reakcję. Nagle wypalił: "Cały czas czułem, że ktoś mi podkrada pieniądze! Wstydziłabyś się!!!!!" Miał rację, było mi wstyd. Słoik opróżniłam i zawartość wręczyłam zbulwersowanemu moimi metodami oszczędzania, mężowi. Tatuś pukał się w głowę, ale już więcej mnie nie buntował. Nie minęło kilka lat, jak zostałam sama na Manhattanie z dwojgiem małych dzieci, bez grosza. Ale tę opowiastkę zaczęłam od podatków.
Po kilku latach naszego pobytu w Nowym Jorku, pewnego przedpołudnia zadzwonił z dołu doormen, z informacją, że jest do mnie urzędnik z biura podatkowego. Odpowiedziałam bez emocji: "Bardzo proszę". W drzwiach stanął rosły ciemnoskóry mężczyzna z teczką w ręce. Zaprosiłam go grzecznie do środka i zaproponowałam kawę z ciastkiem. Popijając kawę, wyjął jakieś papiery i skonstatował. "Pani Urszulo Dudziak-Urbaniak. Nasza instytucja podatkowa nie ma od państwa żadnych rozliczeń podatkowych". Zrobiłam wielkie krowiaste oczy i poprosiłam, żeby się wytłumaczył z tego, o co mu chodzi.
Wytłumaczył. Dał mi 6 tygodni na zebranie wszystkich rachunków i wyszczególnienie zarobków i zgłoszenie się osobiście do biura, w którym mnie przyjmie. Tylko 6 tygodni? - wykrzyknęłam - To za mało, proszę o wiecej!!! "No dobrze, odpowiedział dobrotliwie. Daję pani 3 miesiące" - i dodał - "Jest pani pierwszą osobą od trzech tygodni, która mnie wpuściła do domu i do tego jeszcze poczęstowała kawą z ciastkiem. Jak ktoś słyszy, że jestem z IRS, to udaje, że nie ma go w domu, albo zatrzaskuje mi drzwi przed nosem - You made my day", powiedział na pożegnanie.