Młodzi mężczyźni i chłopcy z drugiego końca świata, godzinami tkwią zamknięci w dusznych klitkach. Swą uwagę poświęcamy im jedynie przez ułamek sekundy, odbierając z ich rąk kebab.
REKLAMA
Ale brak zainteresowania "obcym" jest wszechobecny. Turcy zatrudniają w swoich kebabach tylko Turków, mieszkańcy północnej Afryki w pierwszej kolejności także samych swoich.
Kebab wymyślony został w latach 60-tych przez Turków w Niemczech. Ze zdziwieniem odkryli, że Niemcy jedzą kolacje na zimno, głównie wędliny, sery i pieczywo. Oni sami zasiadali zawsze do ciepłych posiłków. Z połączenia obu idei kulinarnych powstał właśnie kebab, w tej formie, podawany w bułce, wcale dotąd w Turcji nieznany.
Assan nie był jednak Turkiem.
W życiu mojej rodziny trwał właśnie kolejny z jej orientalnych etapów. Było ich, mniej i bardziej poważnych, kilka. Ktoś studiował orientalistykę, ktoś podróżował po Indiach, ktoś tańczył taniec, a ktoś, wiecie kto, gotował. Assana przyprowadził do naszego domu Hindus poznany na świetnych, organizowanych niegdyś w "Jadłodajni Filozoficznej" imprezach bollywódzkich.
Bardzo szczupły i wysoki usiadł u nas na krześle tak, jakby się w paru miejscach złamał. I milczał. Ubrany według aktualnej mody hiphopowej, z bardzo długimi, kruczoczarnymi włosami, uosobienie samotności, wyobcowania i młodości. Obwieszony łańcuszkami, obwiązany bandankami, istny drugoplanowy bohater filmu indyjskiego. Miał nie więcej niż 19 lat. W podobnym wieku ja też zaczynałam kiedyś na nowo w obcym kraju. Tak samo milcząca, trochę zaciekawiona a trochę przestraszona.
"Zatroskana matka wysyła syna z kraju talibów do Polski".
Tak napisaliby o jego historii w jednej z codziennych gazet.
Assan był najmłodszym z dzieci. Starsi bracia wdali się w jakieś niebezpieczne porachunki, w domu i na ulicy w Karaczi robiło się coraz groźniej. Matce, dzięki znajomościom, udało się załatwić dla syna polską wizę.
Właściwie miał stąd jechać dalej, do wujka osiadłego od lat w Kanadzie. Dostawał od niego regularnie nie tylko paczki (stąd zawsze zaopatrzony był w co najmniej dwie najnowsze na rynku komórki), ale i pieniądze. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale zaczął pracować w naszej firmie, nie chcąc za to żadnych pieniędzy. W związku z tym przychodził do pracy, kiedy chciał, czyli nigdy przed południem. Po wielu miesiącach spędzonych w Warszawie, nadal żył według pakistańskiego rytmu dnia i nocy.
Pomimo wielu "pomimo", w jakiś przedziwny sposób udało nam się zaprzyjaźnić. Rozumieliśmy się oboje świetnie, każdy w swoim specyficznym angielskim. Z czasem, kiedy nasze rozmowy zaczęły dotyczyć coraz poważniejszych tematów, przynieśliśmy sobie do firmy dobry słownik. Potrzebne były słowa.......
On o ciemnej skórze, ja biała, on młody, ja dużo starsza, on muzułmanin, ja z całą pewnością nie. Już myślałam, że tak właśnie, na naszą lilipucią skalę, naprawiamy świat.
Dzięki jego opowieściom wędrowałam z jego rodziną po rozpadzie Indii i powstaniu Pakistanu, w marszu "wypędzonych". Poznawałam tajniki podróży do Mekki, w której był i rzucał kamyczkami. Dowiadywałam się,co to haram i halal i jakie potrawy przypisane są jakim świętom. Słuchałam razem z nim napomnień jego Babci, żeby mówić w hindi,a nie gudżarati, bo to język plebsu. W piątki, po odwiedzeniu meczetu, przynosił w prezencie baklavę , jakieś inne orientalne słodycze. Przypomniało mi to, że dawno temu, po niedzielnej mszy chodziło się i u nas do cukierni. Wszyscy wracali potem do domów z białą, przewiązaną kolorowym sznureczkiem paczuszką z ciastkami, kołyszącą się , bo niesioną w charakterystyczny sposób na jednym z palców.
Assan przygotowywał pakistańskie potrawy, których gotowania nauczyła go babcia. Przede wszystkim parathy, czyli placki zawijane z farszem ziemniaczanym na bardzo, bardzo ostro, z dużą ilością soku z cytryny i pieczonego kurczaka. Żeby sam mógł jeść te placki, kurczak musiał być "halal" ( dozwolony), czyli zabity według reguł wiary, w praktyce kupiony w sklepiku przy meczecie. Parathy były świetne, Assan doprawiał farsz bezkompromisowo odważnie. Przyprawy miał zresztą oryginalne, dosyłane przez mamę. Ciekawe, jak ona wyobrażała sobie życie syna w dalekim kraju. W każdym razie wiedziała, że takich przypraw tutaj nie dostanie. W torebkach o napisach nie wiem nawet w jakim języku, były mieszanki pachnące imbirem i cynamonem, ziarna kminu rzymskiego, a w malutkich, przezroczystych pudełeczkach krył się szczelnie zamknięty szafran. Były jeszcze do dziś niezidentyfikowane, nieco kosmate ziarenka czegoś, co po wyłuskaniu dodawało się np. do gotowania ryżu.
Kebab wymyślony został w latach 60-tych przez Turków w Niemczech. Ze zdziwieniem odkryli, że Niemcy jedzą kolacje na zimno, głównie wędliny, sery i pieczywo. Oni sami zasiadali zawsze do ciepłych posiłków. Z połączenia obu idei kulinarnych powstał właśnie kebab, w tej formie, podawany w bułce, wcale dotąd w Turcji nieznany.
Assan nie był jednak Turkiem.
W życiu mojej rodziny trwał właśnie kolejny z jej orientalnych etapów. Było ich, mniej i bardziej poważnych, kilka. Ktoś studiował orientalistykę, ktoś podróżował po Indiach, ktoś tańczył taniec, a ktoś, wiecie kto, gotował. Assana przyprowadził do naszego domu Hindus poznany na świetnych, organizowanych niegdyś w "Jadłodajni Filozoficznej" imprezach bollywódzkich.
Bardzo szczupły i wysoki usiadł u nas na krześle tak, jakby się w paru miejscach złamał. I milczał. Ubrany według aktualnej mody hiphopowej, z bardzo długimi, kruczoczarnymi włosami, uosobienie samotności, wyobcowania i młodości. Obwieszony łańcuszkami, obwiązany bandankami, istny drugoplanowy bohater filmu indyjskiego. Miał nie więcej niż 19 lat. W podobnym wieku ja też zaczynałam kiedyś na nowo w obcym kraju. Tak samo milcząca, trochę zaciekawiona a trochę przestraszona.
"Zatroskana matka wysyła syna z kraju talibów do Polski".
Tak napisaliby o jego historii w jednej z codziennych gazet.
Assan był najmłodszym z dzieci. Starsi bracia wdali się w jakieś niebezpieczne porachunki, w domu i na ulicy w Karaczi robiło się coraz groźniej. Matce, dzięki znajomościom, udało się załatwić dla syna polską wizę.
Właściwie miał stąd jechać dalej, do wujka osiadłego od lat w Kanadzie. Dostawał od niego regularnie nie tylko paczki (stąd zawsze zaopatrzony był w co najmniej dwie najnowsze na rynku komórki), ale i pieniądze. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale zaczął pracować w naszej firmie, nie chcąc za to żadnych pieniędzy. W związku z tym przychodził do pracy, kiedy chciał, czyli nigdy przed południem. Po wielu miesiącach spędzonych w Warszawie, nadal żył według pakistańskiego rytmu dnia i nocy.
Pomimo wielu "pomimo", w jakiś przedziwny sposób udało nam się zaprzyjaźnić. Rozumieliśmy się oboje świetnie, każdy w swoim specyficznym angielskim. Z czasem, kiedy nasze rozmowy zaczęły dotyczyć coraz poważniejszych tematów, przynieśliśmy sobie do firmy dobry słownik. Potrzebne były słowa.......
On o ciemnej skórze, ja biała, on młody, ja dużo starsza, on muzułmanin, ja z całą pewnością nie. Już myślałam, że tak właśnie, na naszą lilipucią skalę, naprawiamy świat.
Dzięki jego opowieściom wędrowałam z jego rodziną po rozpadzie Indii i powstaniu Pakistanu, w marszu "wypędzonych". Poznawałam tajniki podróży do Mekki, w której był i rzucał kamyczkami. Dowiadywałam się,co to haram i halal i jakie potrawy przypisane są jakim świętom. Słuchałam razem z nim napomnień jego Babci, żeby mówić w hindi,a nie gudżarati, bo to język plebsu. W piątki, po odwiedzeniu meczetu, przynosił w prezencie baklavę , jakieś inne orientalne słodycze. Przypomniało mi to, że dawno temu, po niedzielnej mszy chodziło się i u nas do cukierni. Wszyscy wracali potem do domów z białą, przewiązaną kolorowym sznureczkiem paczuszką z ciastkami, kołyszącą się , bo niesioną w charakterystyczny sposób na jednym z palców.
Assan przygotowywał pakistańskie potrawy, których gotowania nauczyła go babcia. Przede wszystkim parathy, czyli placki zawijane z farszem ziemniaczanym na bardzo, bardzo ostro, z dużą ilością soku z cytryny i pieczonego kurczaka. Żeby sam mógł jeść te placki, kurczak musiał być "halal" ( dozwolony), czyli zabity według reguł wiary, w praktyce kupiony w sklepiku przy meczecie. Parathy były świetne, Assan doprawiał farsz bezkompromisowo odważnie. Przyprawy miał zresztą oryginalne, dosyłane przez mamę. Ciekawe, jak ona wyobrażała sobie życie syna w dalekim kraju. W każdym razie wiedziała, że takich przypraw tutaj nie dostanie. W torebkach o napisach nie wiem nawet w jakim języku, były mieszanki pachnące imbirem i cynamonem, ziarna kminu rzymskiego, a w malutkich, przezroczystych pudełeczkach krył się szczelnie zamknięty szafran. Były jeszcze do dziś niezidentyfikowane, nieco kosmate ziarenka czegoś, co po wyłuskaniu dodawało się np. do gotowania ryżu.
Paraty ( po polsku, bez "h". bo już oswojone) są pracochłonne, za to bardzo tanie, z prostych składników, zaskakująco dla nas przetworzonych. Same placki z najprostszego w świecie ciasta, zagniecionego z mąki , ciepłej wody i ghee ( klarowanego masła), rozwałkowane na cienkie krążki, usmażone rumiano i chrupiąco na patelni. Farsz z gotowanych ziemniaków, ubitych i przyprawionych dużą ilością soku z cytryny, chili i kminem (uważajcie na polskie tłumaczenia książek kulinarnych, w których nagminnie mylony jest kmin z kminkiem, całkiem inną przyprawą. We wszystkich orientalnych kuchniach używa się kminu rzymskiego, nie kminku). Do tego pokrojony w kostkę znów pikantnie przyprawiony, upieczony kurczak. Na posmarowany farszem placek, posypany pokrojonym kurczakiem, dodać można też małe kawałki ogórka, papryki, pomidora i sałaty. Zwinąć wszystko i już mamy dalekowschodnią odmianę kebabu.
Jedząc , widzę od razu te kuchnie, w których gotuje się na wolnym powietrzu, gdzieś nad głowami lewitują splątane kable, na ziemi miska z wodą, w której obiera się i myje ziemniaki, a potem ręce. Praca tamtejszych kobiet i usprawiedliwiające wszystko słońce.
Z płyty rzewnie zawodzi Nusrat Fateh Ali, najbardziej znany i ceniony pakistański wykonawca, dostaję do spróbowania talerz bryani. Obowiązkowo podawane na każdym weselu danie składa się z pięciu warstw, długo pieczonych w dobrze zamkniętym, olbrzymim garnku. Najniższą tworzy ugotowany biały ryż, kolejną krótko duszone z przyprawami warzywa. Przykrywa je ryż żółty od szafranu, więc warzywa wybiera się według koloru, tak, aby stanowiły kontrast (zwykle są zielone lub czerwone). Dalej następuje pięterko orzechów (pistacji, migdałów, orzechów nerkowca) i rodzynek, a wreszcie centymetrowej grubości, starannie wygładzona warstwa jogurtu. To wersja wegetariańska, częstsza w kuchni indyjskiej. W Pakistanie bryani wzbogacone bywa dodatkowo mięsem.
Do bardzo ostrych potraw podawany jest jogurt, mający ratować nasze podniebienia. Jogurt też jest przyprawiony, trochę całym ziarnem kminu, bardzo przyjemnym po rozgryzieniu, ale i chili... Po paru dniach takiego jedzenia nikt po ciemku nie odróżni nas od tubylców, nasze ciała wydają taki sam, wcale nie nieprzyjemny zapach.
Już na zawsze przyzwyczajam się i popadam w uzależnienie od pikantnego jedzenia. I dziwię się, jak można jeść tak bezbarwnie, jak często robimy to w Polsce.
Kiedy było chłodno, Assan przyrządzał dla nas herbatę po indyjsku. Długo stojąc przy kuchence i starannie mieszając, gotował w gorącym mleku (bez wody) liście herbaty z dużą ilością cukru i przyprawami ( do herbaty kupuje się gotową mieszankę przypraw garam masala nr 22, albo miesza się samemu kardamon, goździki, cynamon, pieprz i szczyptę imbiru) . Jak to rozgrzewa!
Latem, wieczorem na tarasie, zbieranina starszych i młodszych ludzi z paru różnych, bynajmniej nie zaprzyjaźnionych krajów, wspólnie cieszyła się z dzbanka aksamitnie żółtego mango lassi. Lassi to pyszne, podawane na zimno napoje jogurtowe, ubite rózgą z dodatkiem wody, na słono albo słodko. Z kolei inny deser, marchewkowa chałwa, nie budził naszego zachwytu, a kosztował tyle pracy i czasu. Wymagał godzinnego gotowania w mleku z masłem i cukrem (oraz stałego mieszania) utartej bardzo drobno marchewki. Masa gęstniała, nabierała mocno pomarańczowego koloru, wylana na tacę zostawała obsypana migdałami i jasnozielonymi pistacjami, a wreszcie skropiona wodą różaną i pokrojona w romby. Tyle poezji na darmo, to nie był nasz smak.
Assana od dawna nie ma już w naszej kuchni. Po krótkiej wizycie jego rodziców, kiedy to dwie egzotyczne postaci, nieco skrępowane wdzięcznością wobec tak obcych sobie ludzi,
wręczyły nam prezenty, Assan odszedł. Prawdopodobnie uraziłam go już wcześniej jakimś żartem na jego temat. Potem dotarła do nas informacja, że się ożenił i wyjechał. Całkiem zaś niedawno, że otworzył w Gdańsku mały kebab. Pewnie zatrudnia tylko Pakistańczyków.
Powodzenia, Assan.
Jedząc , widzę od razu te kuchnie, w których gotuje się na wolnym powietrzu, gdzieś nad głowami lewitują splątane kable, na ziemi miska z wodą, w której obiera się i myje ziemniaki, a potem ręce. Praca tamtejszych kobiet i usprawiedliwiające wszystko słońce.
Z płyty rzewnie zawodzi Nusrat Fateh Ali, najbardziej znany i ceniony pakistański wykonawca, dostaję do spróbowania talerz bryani. Obowiązkowo podawane na każdym weselu danie składa się z pięciu warstw, długo pieczonych w dobrze zamkniętym, olbrzymim garnku. Najniższą tworzy ugotowany biały ryż, kolejną krótko duszone z przyprawami warzywa. Przykrywa je ryż żółty od szafranu, więc warzywa wybiera się według koloru, tak, aby stanowiły kontrast (zwykle są zielone lub czerwone). Dalej następuje pięterko orzechów (pistacji, migdałów, orzechów nerkowca) i rodzynek, a wreszcie centymetrowej grubości, starannie wygładzona warstwa jogurtu. To wersja wegetariańska, częstsza w kuchni indyjskiej. W Pakistanie bryani wzbogacone bywa dodatkowo mięsem.
Do bardzo ostrych potraw podawany jest jogurt, mający ratować nasze podniebienia. Jogurt też jest przyprawiony, trochę całym ziarnem kminu, bardzo przyjemnym po rozgryzieniu, ale i chili... Po paru dniach takiego jedzenia nikt po ciemku nie odróżni nas od tubylców, nasze ciała wydają taki sam, wcale nie nieprzyjemny zapach.
Już na zawsze przyzwyczajam się i popadam w uzależnienie od pikantnego jedzenia. I dziwię się, jak można jeść tak bezbarwnie, jak często robimy to w Polsce.
Kiedy było chłodno, Assan przyrządzał dla nas herbatę po indyjsku. Długo stojąc przy kuchence i starannie mieszając, gotował w gorącym mleku (bez wody) liście herbaty z dużą ilością cukru i przyprawami ( do herbaty kupuje się gotową mieszankę przypraw garam masala nr 22, albo miesza się samemu kardamon, goździki, cynamon, pieprz i szczyptę imbiru) . Jak to rozgrzewa!
Latem, wieczorem na tarasie, zbieranina starszych i młodszych ludzi z paru różnych, bynajmniej nie zaprzyjaźnionych krajów, wspólnie cieszyła się z dzbanka aksamitnie żółtego mango lassi. Lassi to pyszne, podawane na zimno napoje jogurtowe, ubite rózgą z dodatkiem wody, na słono albo słodko. Z kolei inny deser, marchewkowa chałwa, nie budził naszego zachwytu, a kosztował tyle pracy i czasu. Wymagał godzinnego gotowania w mleku z masłem i cukrem (oraz stałego mieszania) utartej bardzo drobno marchewki. Masa gęstniała, nabierała mocno pomarańczowego koloru, wylana na tacę zostawała obsypana migdałami i jasnozielonymi pistacjami, a wreszcie skropiona wodą różaną i pokrojona w romby. Tyle poezji na darmo, to nie był nasz smak.
Assana od dawna nie ma już w naszej kuchni. Po krótkiej wizycie jego rodziców, kiedy to dwie egzotyczne postaci, nieco skrępowane wdzięcznością wobec tak obcych sobie ludzi,
wręczyły nam prezenty, Assan odszedł. Prawdopodobnie uraziłam go już wcześniej jakimś żartem na jego temat. Potem dotarła do nas informacja, że się ożenił i wyjechał. Całkiem zaś niedawno, że otworzył w Gdańsku mały kebab. Pewnie zatrudnia tylko Pakistańczyków.
Powodzenia, Assan.
Mango - Lassi, zawsze świetne
1 filiżanka jogurtu naturalnego (może być grecki, gęsty)
4 filiżanki wody
1/2 filiżanki cukru lub miodu
szczypta gałki muszkatołowej
puszka mango
4 filiżanki wody
1/2 filiżanki cukru lub miodu
szczypta gałki muszkatołowej
puszka mango
jogurt zmiksować z wodą, cukrem i osączonym z zalewy mango.
Proponuję owoce z puszki, ponieważ dojrzałe i pakowane w miejscu, gdzie wyrosły, mają bardziej intensywny smak. Bardzo dobre i niedrogie dostać można w spożywczym dziale sklepu Marks&Spencer.
Proponuję owoce z puszki, ponieważ dojrzałe i pakowane w miejscu, gdzie wyrosły, mają bardziej intensywny smak. Bardzo dobre i niedrogie dostać można w spożywczym dziale sklepu Marks&Spencer.
Lassi słone, świetne na upał
1 filiżanka jogurtu
4 łiliżanki wody
1/2 łyżeczki soli
szczypta cayenne
1/2 łyżeczki uprażonych na patelni (bez tłuszczu) ziaren kminu rzymskiego, następnie ubitych w moździerzu
4 łiliżanki wody
1/2 łyżeczki soli
szczypta cayenne
1/2 łyżeczki uprażonych na patelni (bez tłuszczu) ziaren kminu rzymskiego, następnie ubitych w moździerzu
Jogurt zmiksować, albo ubić rózgą z wodą, dodać przyprawy, wymieszać. Podawać zimne.
W indyjskich pociągach kursujących przecież na bardzo dalekich trasach, pracują także kucharze. Każdy z nich ma ze sobą zamykane okrągłe, metalowe pudełko, a w nim , w paru osobnych miseczkach, przyprawy. Z takim niezbędnikiem wybrałabym się na pomoc ( jak w modzie robią to Trinny i Susannah), naszej leżącej odłogiem, codziennej, domowej kuchni.
Nie namawiam do przyprawiania od jutra bigosu i gołąbków chili (chociaż? może, choć odrobinę...). Ale czeka przecież majeranek ( nie tylko suszony), cząber, jałowiec, gałka muszkatołowa, bardzo wszechstronne ziele angielskie (najlepiej reklamuje go angielska nazwa allspice), rozmaryn, ziarno kolendry. Ja ciągle o tym samym - znowu zapraszam do przyprawiania.
Radzę kupować poszczególne zioła i przyprawy osobno, nie gotowe mieszanki. Przeczytajcie z tyłu torebki skład każdej z mieszanek przyprawowych; prawie zawsze występuje w niej glutaminian sodu, który lepiej jest omijać, zbyt często powoduje alergie i bóle głowy.
Nie namawiam do przyprawiania od jutra bigosu i gołąbków chili (chociaż? może, choć odrobinę...). Ale czeka przecież majeranek ( nie tylko suszony), cząber, jałowiec, gałka muszkatołowa, bardzo wszechstronne ziele angielskie (najlepiej reklamuje go angielska nazwa allspice), rozmaryn, ziarno kolendry. Ja ciągle o tym samym - znowu zapraszam do przyprawiania.
Radzę kupować poszczególne zioła i przyprawy osobno, nie gotowe mieszanki. Przeczytajcie z tyłu torebki skład każdej z mieszanek przyprawowych; prawie zawsze występuje w niej glutaminian sodu, który lepiej jest omijać, zbyt często powoduje alergie i bóle głowy.
Rozkład jazdy przypraw i ziół zadomowionych - część 1
Majeranek
koniecznie do zup z dodatkiem fasoli, soczewicy, potraw z bardziej tłustego mięsa ( na grill)
równie dobry do potraw z pomidorami i pizzy, odsmażanych ziemniaków, dań z warzyw strączkowych i dyni, kotletów mielonych
koniecznie do zup z dodatkiem fasoli, soczewicy, potraw z bardziej tłustego mięsa ( na grill)
równie dobry do potraw z pomidorami i pizzy, odsmażanych ziemniaków, dań z warzyw strączkowych i dyni, kotletów mielonych
Cząber
(po niemiecku "fasolowe ziele")
koniecznie do dań z fasolki szparagowej , sałatek z fasolą, zupy z białej fasoli
równie dobry do potraw z mięsa (baranina, królik), zup i dań z warzyw
(po niemiecku "fasolowe ziele")
koniecznie do dań z fasolki szparagowej , sałatek z fasolą, zupy z białej fasoli
równie dobry do potraw z mięsa (baranina, królik), zup i dań z warzyw
Jałowiec
koniecznie do wszystkiego z dodatkiem kiszonej kapusty
równie dobry do marchewki, buraków, czerwonej kapusty , dziczyzny i wiśni
koniecznie do wszystkiego z dodatkiem kiszonej kapusty
równie dobry do marchewki, buraków, czerwonej kapusty , dziczyzny i wiśni
Gałka muszkatołowa
koniecznie tam, gdzie ziemniaki i szpinak
równie dobra do dań z kalafiorem i potraw z jajkami
koniecznie tam, gdzie ziemniaki i szpinak
równie dobra do dań z kalafiorem i potraw z jajkami
Ziele angielskie
należy używać go ostrożnie, działa jak mocne połączenie pieprzu z gożdzikiem
konieczne do zup
równie dobre do ryb i mięsa, odrobina zawsze do przyprawy do pierników
należy używać go ostrożnie, działa jak mocne połączenie pieprzu z gożdzikiem
konieczne do zup
równie dobre do ryb i mięsa, odrobina zawsze do przyprawy do pierników
Rozmaryn
uwaga- smak oddaje dopiero w cieple, to nie jest zioło dodawane na surowo do sałatek
koniecznie do marynat (do póżniejszego grillowania mięs i ryb )
równie dobry dodany na patelnię, do oliwy, na której smażymy (na małym ogniu) kawałek mięsa lub podgotowane/surowe warzywa, do cukinii, bakłażanów, pomidorów, pieczonego kurczaka
uwaga- smak oddaje dopiero w cieple, to nie jest zioło dodawane na surowo do sałatek
koniecznie do marynat (do póżniejszego grillowania mięs i ryb )
równie dobry dodany na patelnię, do oliwy, na której smażymy (na małym ogniu) kawałek mięsa lub podgotowane/surowe warzywa, do cukinii, bakłażanów, pomidorów, pieczonego kurczaka
