REKLAMA
To nie jest dobra data na święto. Koniec października, na nogach kalosze, coś przeciwdeszczowego nad głową. W tym terminie dokucza też zwykle katar; nie uda się powąchać nie za bardzo atrakcyjnych kwiatów; chryzantem. A one i tak lekko dławią zadyszką zbliżających się Zaduszek.
W mieście na każdym kroku pojawiają się właśnie dziwne rekwizyty: tandetne latarenki, puste albo ze świeczkami, jakieś mało laurowe wieńce, majaczy to wszystko w wiecznym zmierzchu i mgle. Miesza się na straganach z kosmatymi pająkami i pulsującym światełkiem zakładanej na głowę opaski , zaopatrzonej w różki.Taki halloweenowy gadżet, widocznie jednak ktoś kiedyś widział diabła.
Z czerwoną pręgą na przedramieniu, poparzona parą z cudownie profesjonalnego pieca (jak parzy, to naprawdę!), lekko ponacinana świetnymi, "zawodowymi" nożami, w tym roku wyjątkowo pasuję do otoczenia. Jednak stanę dzielnie w kuchni, przygotuję dla moich dawno niewidzianych przyjaciół jesienną, wymarzoną ucztę. Będę koncentrować smaki, podlewać oliwą, dodawać masło i zioła. Będę marynować, ucierać w moździerzu, mieszać , ubijać, prażyć , smażyć i piec. Gotowe potrawy ułożę, jak umiem najładniej, bez żadnych wzorów z octu balsamico, bez wszechobecnych, banalnych już wiechci bazylii i obsypywania talerza mielonym, czarnym pieprzem.
Potem usiądziemy przy długim stole, na lnianym obrusie pomiędzy talerzami, pojedynczo ułożone piękne, klonowe liście, świece w szkle, dobrane kolorem serwetki i wysokie kieliszki, niech tym razem będzie naprawdę świątecznie! Mnóstwo razy spotykaliśmy się kiedyś, siedząc na podłodze, wycierając ściany, paląc i gadając na małym balkonie, szarej klatce czy w ciasnej kawalerce.
Może teraz, przy imieninowym stole, którego kiedyś tak bardzo wszyscy unikaliśmy, chronicznie pamiętający wszystko Marek, po wielu latach zagniewania, odezwie się do zawsze nieobliczalnego Tomka? Parę osób z całą pewnością nie przyjdzie, nie odnajdzie się Wojtek, po którym zostały tylko obrazy. Ktoś pełni ważną funkcję, bez niego runąłby system komunikacji pewnego szwajcarskiego miasteczka. Inny znów od lat podwyższa przeciętną wieku Kanadyjczykom. Gdzie są dziewczyny? w wietrznym mieście, w wiecznym mieście i nikt nie wie jakim mieście. Dziewczynami jesteśmy już tylko dla siebie, nieznajomi nazwaliby nas całkiem inaczej.
Drzwi otworzą się więc tylko osiem razy, na stole będzie też osiem dań.
Pierwszy przyjdzie Andrzej. Gdyby Andrzej był jakimś państwem, na fladze jego kraju widniałby talerz pełen makaronu z sosem pomidorowym. Od zawsze i na zawsze, pomimo wszystkich życiowych przewrotów, miska spaghetti na środku flagi.
Najpierw gotuje się sos, dopiero później makaron, to zasada. Na szczęście na targu są jeszcze dobre pomidory, zostaną obrane ze skórki i razem z cebulą, czosnkiem, papryczką chili, szczyptą cynamonu, sporą ilością pokrojonej drobno natki podduszone w dużym, żeliwnym rondlu na oliwie z masłem. Potem, posypane solą i cukrem zamienią się powoli, w ciągu około 20 min w gęsty, aromatyczny sos. Obok w dużym garnku gotuje się już woda, wkładam wstążki Barilli. Pod koniec gotowania do sosu pomidorowego dodaję parę łyżek wody, w której gotuje się makaron. A potem nie przelewam makaronu na sito, tylko szczypcami przekładam go bezpośrednio do rondla z sosem. Parę kropli oliwy, parę porwanych w rękach listków świeżych ziół, wszystko wymieszać i zanieść w dużej, ładnej misce z kolorowym napisem PASTA (na razie go nie widać)na stół.
Marek W., naprawdę wiele lat temu, im bardziej był w Londynie, tym bardziej pachniał indyjskim curry. To był punkowy czas i w ten sposób punk i kurczak curry nierozłącznie połączył się w jego życiorysie.
Pokrojony na kawałki kurczak najpierw solidnie się ponaciera , a potem poleży, co jakiś czas obracany, 24 godz w marynacie z 1/4 l jogurtu, 5 łyżek soku z limonki, 3 posiekanych drobno ząbków czosnku, 2 łyżeczek utartego korzenia imbiru,2 łyżeczek kolendry, 1 łyżki curry, łyżeczki soli, 1 łyżeczki papryki, 1/2 łyżeczki chili i 1 łyżeczki kuminu.Nastepnego dnia wystarczy upiec go w piekarniku ( 40 min), polewajac często stopionym masłem, albo usmażyć na grillowej patelni.
Tomek się spóźni i to sporo. Gdyby według naszych dawnych żartów, okazać się miało, że jednak jest szpiegiem, byłby szpiegiem afgańskim. Tylko Tomek zna Afganistan jak swoją kieszeń w ubraniu noszonym od ponad 4o lat, tylko Tomek włada językiem pusztu i tylko Tomkowi wydaję się, że nie podlega działaniu czasu.
I dla niego, na stole musi pojawić się afgański pilaw, z najlepszego ryżu, z pokrojoną w cienkie słupki marchewką, cebulą, rodzynkami i koniecznie, skoro to święto, jagnięciną.
Alicja też kocha Azję. Nie raz widziałam ją w oryginalnych, jedwabnych strojach w piękne, orientalne wzory. Kiedyś jadłyśmy razem w Kathmandu, w jakiejś całkiem średniowiecznej odmianie karczmy na pięterku, wspaniały, gorący rosół z pierożkami wan-tan.
Na pamiątkę tego dnia, mojego pierwszego dnia w Nepalu, będzie więc mocny, orientalny rosół. Jak przearanżować rosół na nepalski? Potrzebny będzie spory kawałek korzenia imbiru, parę gwiazdek anyżku, kilka malutkich chili, cały pomidor, limonka, batat i burak (brzmi jak para z komiksu), reszta składników, tych dobrze nam znanych, włoszczyźnianych. I mięso. Gotuje się całkiem tak samo, długo, na małym ogniu.
Nowe składniki naprawdę go odmieniają. Do tego malutkie pierożki wan tan. W sklepach "Kuchni Swiata" są w lodówkach małe, kwadratowe opakowania mrożonego ciasta wan tan. Ułatwią mi przygotowanie pierożków, a farsz do nich też jest błyskawiczny. Wystarczy zmielić w malakserze trochę surowego mięsa kurczaka ( albo krewetek)razem ze śmietanką i ulubionymi przyprawami, u mnie będzie, oczywiście, orientalnie i ostro. Łyżeczkę surowego farszu nałożyć na kwadrat ciasta, zlepić i gotować potem 3 minuty w gorącym rosole.
Ustalając menu, trzeba wyobrazić sobie potrawy stojące razem na stole. Żeby było zniewalająco apetycznie, dania muszą się od siebie różnić, nie tylko kolorem,
ale i kształtem , muszą składać się z całkiem innych składników, a jednocześnie jednak ze sobą współgrać. Na moim przyszłym stole na razie chyba wszystko gra?
Waza parującego rosołu, o zapachu jak napar z Dalekiego Wschodu. Kawałki kurczaka błyszczące od przypraw, leciutko liźnięte ogniem. Sypki, żółty ryż z mozaiką drobnych kolorowych dodatków, podobnych znakom obcego alfabetu. I miska tagliatelle, idealny, nie nasz biało-czerwony mariaż.
Na przywitanie podam poncz żurawinowy ( sok i herbata z żurawiny, sporo soku z cytryny i piwo imbirowe), jeszcze nie wiem, czy na ciepło, czy na zimno.
Filip gra na perkusji, jest etniczny i korzenny, daniem jemu dedykowanym będą bogate złoża warzyw z patelni grillowej, przygotowane prawie bez tłuszczu, dopiero potem mocno skropione oliwą z ziołami i pastą z pieczonego czosnku. Do nich deska dobrych serów i zrobione samemu placki indyjskie roti, które, jest obawa, zaraz zakochają się z wzajemnością w kurczaku curry. Jakie warzywa złożą się na złoża? Wszystkie najpiękniejsze, jakie będą na targu, koniecznie bakłażan, cukinia. choć trochę cebuli, dynia, ten biedny, zupełnie niedoceniany korzeń pietruszki, jakieś grzyby, może ziemniak. Cały jesienny wybór wegetarianina.
Ale tak naprawdę, myślami jestem już przy deserze. Powinien być z orzechami, bo ktoś bardzo mi bliski wyjątkowo je lubi. Powinien być z cynamonem, bo to moja ulubiona jesienna przyprawa, powinien być domowy, ale i zaskakujący. Jest takie ciasto, z jabłkami krojonymi w duże, równe cząstki. Pieczone w tortownicy, najpierw sam spód z kruchego ciasta. Potem wykłada się surowym ciastem brzegi tortownicy, do samej góry. Na podpieczonym spodzie bardzo ściśle układa się kawałki surowych jabłek, jeden tuż przy drugim. warstwa na warstwie, też do samej góry. W wolne szczeliny pomiędzy jabłkami wsypuje się pokruszone orzechy (czy migdały), trochę namoczonych wcześniej w alkoholu rodzynek. I polewa 8 łyżkami stopionego masła wymieszanego z cynamonem i 8 łyżkami dobrego,ciemnego cukru.
Piecze się 55 minut w wysokiej temperaturze, bo jabłka mają się upiec aż do zbrązowienia i okryć pachnącym karmelem. Znam parę osób, które patrząc na mnie, bardziej niż moją osobę, widzą to ciasto. Nie mam nic przeciwko. Moje imieniny? Taaak, był taki projekt.