REKLAMA
W domu najważniejsze są książki ( nie, oczywiście, że nie kucharskie!), potem kawa, a na trzecim miejscu długa półka z przyprawami. Listopad, jak zwykle, niedomagał i wtedy przypomniałam sobie o niespodziewanej mocy imbiru. Potrzeba mi było świeżego kłącza, z jego orzeźwiającym, trochę dziwnym aromatem.
Jako kobieta doświadczona, jędza perfekcyjna, obejdę się bez tych wszystkich magicznych kul, czarnych kotów i sproszkowanych kłów co mniej sympatycznych zwierząt. Wystarczy świeżo, na skos ukrojony plasterek imbiru, który wącham tak często, jak się da i natychmiast odzyskuję jasną głowę, pozbywając się bólu i kataru. Kolejny płatek w towarzystwie łyżeczki miodu i krążka cytryny kąpie się już w szklance ciepłej wody. Po prostu do wypicia, przeciw przeziębieniu i dla rozgrzania. Nie muszę z nikim nic konsultować, gdyż ten lek z całą pewnością nie zagrozi mojemu życiu bądź zdrowiu.
Dla zareklamowania siły tej przyprawy, wystarczy może, jeśli powiem, że z naszą "służbą" zdrowia wyszlibyśmy lepiej, zamieniając ją na Ministerstwo Imbiru. Od zawsze wzbraniam się przed wymienianiem nazw chorób, sprawdzajcie, gdzie chcecie, imbir pomaga na wszystko.
Nie jest też dla nas wcale taki znów egzotyczny. Już wkrótce wystarczy się będzie przyjrzeć tradycyjnym potrawom na stole wigilijnym. Śledzie w orzechach z imbirem, karp na niebiesko, pierniczki korzenne, kompot z suszu. Wszędzie imbir - trafiony, zatopiony. Obowiązkowo zatopiony znajdzie się też w polskich flakach i imieninowym pasztecie u Babci. Ale ten pewnie nie będzie świeży, tylko sproszkowany.
A jednak to daleki obcokrajowiec. Tak popularny i ceniony w Azji, że ma swoje własne przysłowie: "nie należy jadać posiłku, gdy na stole nie ma imbiru". Żadna inna przyprawa nie dopasowuje się do tylu rozmaitych potraw - od porannej herbaty, przez warzywa, mięso, drób i ryby, aż do deseru. Uprawiany od tak dawna, że naukowcy nie mają pewności, skąd pochodzi. A najostrzejszy jest podobno z Jamajki...
Dzięki muzyce, potrawom i przyprawom możemy być przez chwilę w miejscach, w których akurat być nie możemy. Wdepnąć gdzieś na chwilę, zajrzeć przez uchylone leciutko drzwi... Imbir uchyla nam drzwi do Azji.
Ten przepis uczy, co zrobić, żeby tofu było jadalne. Zamiast tofu w ten sam sposób można użyć np.piersi kurczaka, albo krewetek. Czas wykonania 30 min, całkiem niedużo, prawda?
Warzywa z imbirowym tofu
2 porcje

200 g tofu (pierś kurczaka)
15 g świeżego imbiru ( 3 cm)
duży ząbek czosnku
strączek chili ( większy, łagodniejszy)
duża marchewka
czerwona papryka
150 g białej kapusty
150 g cukinii
25 g sezamu
2-3 łyżki oleju słonecznikowego
200 ml bulionu (np. z wegetariańskiej kostki)
2 łyżki sosu sojowego
1 łyzka sosu ostrygowego
pęczek cebuki dymki
Tofu pokrój w kostkę (albo kurczaka), obierz imbir (wystarczy oskrobać nożem), posiekaj razem z obranym czosnkiem.
Pokrój drobno chili, usuwając ze środka ziarenka (są bardzo ostre). Od razu potem umyj ręce.
Przygotuj warzywa: obraną marchewkę pokrój w cienkie plasterki, paprykę przekrój na pół, po usunięciu środka, pokrój w paski, kapustę w cienkie paski, cukinię - według wielkości; przekrój wzdłuż na pół, albo na cztery części i pokrój w pół, albo ćwierćplasterki.
Upraż sezam na patelni bez tłuszczu, 2 minuty, aż zacznie pachnieć. Przesyp na talerz, aby go wystudzić.
Na rozgrzaną patelnię wlej łyżkę oleju, podsmaż na niej na brązowo tofu (albo kurczaka), zdejmij z patelni.
Na tą samą patelnię wsyp imbir, czosnek i chili, podsmaż krótko i przełóż do tofu (kurczaka), dobrze wymieszaj.
Rozgrzej na patelni resztę oleju, wrzuć marchewkę, po chwili paprykę, kapustę, cukinię i smaż 2 min. Teraz wlej bulion, gotuj 3 min, dolej sos sojowy i ostrygowy, dodaj na patelnię tofu z imbirem i czosnkiem. Podgrzej, dopraw solą i pieprzem, posyp pokrojoną dymką i sezamem.
Pamiętajcie, że przepis nie jest, na szczęście, tekstem ślubowania. Możemy na jego bazie tworzyć swój utwór. Ważniejsza jest technika wykonania tego dania i użyte do niego przyprawy, natomiast składniki są wymienne. Zamiast kapusty można użyc fasolki szparagowej, pieczarek albo pokrojonej w cienkie słupki kalarepki. Można wzbogacić danie o cebulę czy zielony groszek. Trzeba tylko przewidzieć kolor potrawy, aby potem, choćby przez sekundę, miło było na nią popatrzeć.
Celowo smażymy wszystko po kolei na tej samej, niemytej w międzyczasie patelni. Jeśli podczas smażenia ogień nie będzie za duży, nic się nie przypali, nawet na tak małej ilości tłuszczu.
Z kolei lekkie podsmażenie, takie kontrolowane, jest konieczne dla wzmocnienia smaku i aromatu potrawy, które tworzą się jak w dziecinnej wyliczance. Aromat ciepłego sezamu łączy się z olejem, otula kolejny składnik, tofu albo kurczaka. Smak kurczaka pozostaje na patelni, wzbogacony mocą chili, czosnku i imbiru. Jest przyprawą dla nowej porcji oleju i surowych warzyw. Warzywa miękną, oddając smak i tak dalej...
Jeśli zalejemy warzywa większą ilością bulionu, w ten sam sposób (tylko potrwa to chwilę dłużej) ugotujemy zupę. A jeśli zamiast bulionu wlejemy mleczko kokosowe i dodamy odrobinę czerwonej pasty curry, na moment zagościmy w Bangkoku. Ważne jest, aby imbir występował w duecie z czosnkiem. Imbir przygasza nieco smak czosnku, ale co najważniejsze, w tej parze przyprawy podwajają swoje lecznicze działanie.
Krąg jego pozostałych przyjaciół, w którym zawsze świetnie się czuje, tworzą także chili, bazylia, limonka i cytryna, trawa cytrynowa i świeża kolendra, czyli plakat pod tytułem "Azja zaprasza do swojej kuchni."
Tam, w otwartych lodówkach singapurskiego supermarketu na malutkich tackach leżą zafoliowane pojedyńcze liście cytryny kafir (i inne, przeze mnie niezidentyfikowane), samotne strączki różnych odmian chili, kłącza imbiru i galgantu (botaniczny krewniak), ale także po parę różyczek kalafiora, garstka fasolki szparagowej i odrobina każdego z warzyw, bardzo praktycznie przygotowane do gotowania w chińskim stylu.
Zupełnie, jakby z półek wybierało się ubrania , aby stworzyć dla siebie idealną na ten dzień kreację. A przyprawy są jak kolorowy szalik i biżuteria, wyraz naszej własnej kropki nad i.
Nasze danie domaga się ryżu. Ryżu dobrze ugotowanego, puszystego, dymiącego aromatem, unoszącym się po chwili w całym domu. Gotowanie ryżu w dużej ilości wody, w torebkach, bez poświęcenia uwagi i serca, zabija go i pozbawia właściwej mu lekkości. Nic dziwnego, że jest niezbyt lubiany. Po prostu nie umiemy go przyrządzić.
Parę wskazówek?
1. Przelewamy ryż na sicie strumieniem zimnej wody (nie za krótko).
2. Osączony wsypujemy do rondla, zalewamy zimną wodą, tak aby przykryła ryż 1 cm powyżej jego powierzchni, dodajemy łyżeczkę masła, przekrojony ząbek czosnku i gruby plaster nieobranego imbiru.
3. Na pierwsze 5 minut gotowania włączamy duży gaz, ale kontrolujemy moment zagotowania się wody. Jeszcze zanim zacznie wrzeć, zmniejszamy płomień na najmniejszy (ryż basmati w ogóle nie lubi bardzo gorącej wody). Pozostawiamy na 5 min, po czym wyłączamy palnik, pozostawiając na nim rondel na kolejne 5 minut (pod przykryciem).
Usuwamy z garnka czosnek i imbir, chodziło tylko o aromat. Wiadomo, jest mnóstwo rodzajów ryżu, więc jeśli użyjecie innego ryżu niż basmati, reguła nadal obowiązuje, tylko trzeba wydłużyć środkową fazę gotowania ( do ok. 10 - 15 min jeśli to ryż biały, brązowy ok. 25 min.) Obiecuję ryżową poezję! Wiem, że w Polsce niewielu dobrych kucharzy naprawdę umie gotować ryż. Warto się nauczyć, nawet jeśli za pierwszym razem nie wyjdzie idealnie.
Nie, nie zapomniałam o imbirze. Wyślę jeszcze parę imbirowych zaproszeń. Od zwykłych mielonych kotletów, które chcą nadbrać co nieco wyrazu, od dań z soczewicy, od sałatek i surówki z marchewki, którym w chłodne dni bardzo przyda się rozgrzewający, imbirowy akcent. Od wszystkiego, co zawiera pomarańcze i kulinarne powiązania z Indiami.
Ja, gdybym miała być potrawą z imbirem, wybrałabym, oczywiście, ciasto z jabłkami. Na talerzu, pachnąca cynamonem, przykryta puchową kołderką z twarożku i bitej śmietany, co prawda niezbyt długo, ale z przyjemnością wąchałabym te dwa naparstki świeżo startego imbiru dodane do śnieżnobiałej pokrywy.
logo