REKLAMA
Pojawi się nagle, jak stara znajoma. Punktualna, siwowłosa pani o miłym uśmiechu, nierozłączna z pewnym, nieraz rozrzutnym facetem, Mikołajem. Teraz to już nawet nie wiadomo, kto z nich jest bardziej oczekiwany.
Przybędzie na kolację, która jest kulinarną podróżą w czasie, pełną tradycji, symboli i potraw jedzonych tylko tego wieczoru. Niektórych zastanie w licznym towarzystwie, do innych przysiądzie się na dłużej, samotni, oczekiwali jej z większą obawą.
Myślę bez złośliwości, że nie odnajdzie tych, którzy, być może specjalnie, uciekli przed nią do ciepłych krajów. To nic, tym milej będzie zobaczyć się znów w którymś z przyszłych, ustalonych raz na zawsze terminów.
Pan od prezentów rzuci się zaraz pod choinkę, jednak zmuszony raczej będzie poczekać tam aż do trzeciego aktu.
Akt pierwszy poświęcony jest oczekiwanej na niebie gwiazdce, scenografii z włosem anielskim na choince, błyskom świec w szkle na bieli nietkniętego jeszcze stołu.
Pojawiają się dobrze znani sobie ludzie, witają się , tym razem nie zakładając w przedpokoju kapci. Powoli żeglują ku swoim tradycyjnie zajmowanym siedziskom. Dzielenie opłatkiem, życzenia.
W trakcie pierwszego aktu zdarza się, że coś idzie nie tak. Niektórym trudno udźwignąć ten ciężar tradycji, w starym stylu przywitać się z dużą ilością przedstawicieli rodzinnego klanu, prowadzić uprzejmą, choć zdawkową rozmowę w na co dzień niemalże nieużywanym już języku XIXwieku. Przez chwilę mogą więc pojawić pewne objawy zniecierpliwienia, igiełki ironii.
Wszystko topi się, rozpływa przy stole. Znów jest miło, już wszyscy podają sobie półmiski, unosząc na talerz to, na co mają ochotę, lub ku czemu zostali tak serdecznie zachęceni.
Akt drugi to kulinarna eksplozja całkiem wyjątkowej kolacji. Właściwie powinny do nas przyjeżdżać wycieczki, które jednorazowo (dodatkowy efekt; posmak nieco zakazanego owocu) mogłyby brać w niej udział. Dla nich Wigilia nosiłaby podtytuł " Pra- kolacja Pra-Słowian". Jej menu pamięta o wszystkich darach ziemi, wody i lasów zbieranych w ciągu całego roku. Z pól są kasze, rośliny dające olej, zboża, jarzyny i owoce. Z morza, rzek, jezior i stawów - ryby, z lasów - grzyby, orzechy i miód.
Dorastając w rytmie towarzyszących nam od małego dziecka wigilii, nigdy nie zastanawialiśmy się, dlaczego w trakcie tej postnej przecież wieczerzy, nie jada się nic z nabiału. Przyczyna jest prosta; dania z nabiału nie były kiedyś uważane za potrawy postne. Dlatego tylko tego wieczoru jedzenie ma inną barwę, jakby lekko pokryte patyną zeszło do nas ze starego obrazu. W głębokim talerzu rozgości się rubin, barszcz jest przecież bardziej niż czerwony. Obok niego uszka, wzruszająco małe, jak guziki i białe, jak alabaster. Śledź na szklanym półmisku, srebro ośnieżone bielą pokrojonej w drobną kostkę cebuli, błyszczą warstwą oleju, w którym leżakowały od wielu dni. Ryba w galarecie, jakby śpiąca w ściętej lodem wodzie, obok miseczki pełne chrzanu i ćwikły, dzięki którym smaczne staje się jeszcze smaczniejsze. Parująca zawartość rondla, w którym tak długo gotowała się kapusta, grzyby i groch, że stopiły się w jedną, aromatyczną całość.
Dzwonka smażonego karpia, o nim dużo będzie się mówić, porównując smak, wielkość i ilość ości z karpiami ze starych wigilii. Gdzieś z boku stołu znajdzie się może jeszcze miejsce na pięknie upieczony, bursztynowy i pękaty od farszu kulebiak. Wreszcie pojawią się ulubione pierogi!
Przybędzie na kolację, która jest kulinarną podróżą w czasie, pełną tradycji, symboli i potraw jedzonych tylko tego wieczoru. Niektórych zastanie w licznym towarzystwie, do innych przysiądzie się na dłużej, samotni, oczekiwali jej z większą obawą.
Myślę bez złośliwości, że nie odnajdzie tych, którzy, być może specjalnie, uciekli przed nią do ciepłych krajów. To nic, tym milej będzie zobaczyć się znów w którymś z przyszłych, ustalonych raz na zawsze terminów.
Pan od prezentów rzuci się zaraz pod choinkę, jednak zmuszony raczej będzie poczekać tam aż do trzeciego aktu.
Akt pierwszy poświęcony jest oczekiwanej na niebie gwiazdce, scenografii z włosem anielskim na choince, błyskom świec w szkle na bieli nietkniętego jeszcze stołu.
Pojawiają się dobrze znani sobie ludzie, witają się , tym razem nie zakładając w przedpokoju kapci. Powoli żeglują ku swoim tradycyjnie zajmowanym siedziskom. Dzielenie opłatkiem, życzenia.
W trakcie pierwszego aktu zdarza się, że coś idzie nie tak. Niektórym trudno udźwignąć ten ciężar tradycji, w starym stylu przywitać się z dużą ilością przedstawicieli rodzinnego klanu, prowadzić uprzejmą, choć zdawkową rozmowę w na co dzień niemalże nieużywanym już języku XIXwieku. Przez chwilę mogą więc pojawić pewne objawy zniecierpliwienia, igiełki ironii.
Wszystko topi się, rozpływa przy stole. Znów jest miło, już wszyscy podają sobie półmiski, unosząc na talerz to, na co mają ochotę, lub ku czemu zostali tak serdecznie zachęceni.
Akt drugi to kulinarna eksplozja całkiem wyjątkowej kolacji. Właściwie powinny do nas przyjeżdżać wycieczki, które jednorazowo (dodatkowy efekt; posmak nieco zakazanego owocu) mogłyby brać w niej udział. Dla nich Wigilia nosiłaby podtytuł " Pra- kolacja Pra-Słowian". Jej menu pamięta o wszystkich darach ziemi, wody i lasów zbieranych w ciągu całego roku. Z pól są kasze, rośliny dające olej, zboża, jarzyny i owoce. Z morza, rzek, jezior i stawów - ryby, z lasów - grzyby, orzechy i miód.
Dorastając w rytmie towarzyszących nam od małego dziecka wigilii, nigdy nie zastanawialiśmy się, dlaczego w trakcie tej postnej przecież wieczerzy, nie jada się nic z nabiału. Przyczyna jest prosta; dania z nabiału nie były kiedyś uważane za potrawy postne. Dlatego tylko tego wieczoru jedzenie ma inną barwę, jakby lekko pokryte patyną zeszło do nas ze starego obrazu. W głębokim talerzu rozgości się rubin, barszcz jest przecież bardziej niż czerwony. Obok niego uszka, wzruszająco małe, jak guziki i białe, jak alabaster. Śledź na szklanym półmisku, srebro ośnieżone bielą pokrojonej w drobną kostkę cebuli, błyszczą warstwą oleju, w którym leżakowały od wielu dni. Ryba w galarecie, jakby śpiąca w ściętej lodem wodzie, obok miseczki pełne chrzanu i ćwikły, dzięki którym smaczne staje się jeszcze smaczniejsze. Parująca zawartość rondla, w którym tak długo gotowała się kapusta, grzyby i groch, że stopiły się w jedną, aromatyczną całość.
Dzwonka smażonego karpia, o nim dużo będzie się mówić, porównując smak, wielkość i ilość ości z karpiami ze starych wigilii. Gdzieś z boku stołu znajdzie się może jeszcze miejsce na pięknie upieczony, bursztynowy i pękaty od farszu kulebiak. Wreszcie pojawią się ulubione pierogi!
Smakujmy tę kolację , nie tylko potrawy. Niech każdy doda jej i weźmie dla siebie bliskość,
ciepło, przychylność i dobry humor. Zaraz będzie jeszcze bardziej słodko! Przyszedł czas na desery i ciasta.
Kiedyś wpadłam na pomysł , żeby pustą ( po wyjęciu z niej świątecznej zastawy), szafę-etażerkę wypełnić moją całą słodką ofertą wigilijną. Każda półka zaaranżowana jak wystawa dobrej cukierni. Obok makowca talerzyki z daktylami i figami. Ciemne, drewniane półki rozweselone mandarynkami. Tarta, zalotnie szepcząca "jestem Miss Orzechów", unosi się ponad talerzem wypełnionym migdałami. Na sznureczkach wiszą lukrowane pierniki, wystarczy zdjąć z wbitej w półkę szpilki. Najważniejszym u mnie wigilijnym ciastem jest, choć nie jestem mniejszością niemiecką, tamtejsza Stolle. Ciężkie, niezbyt słodkie drożdżowe ciasto z bakaliami, uformowane na kształt owiniętego Dzieciątka z szopki. Upieczone, dokładnie posmarowane stopionym masłem i posypane grubą warstwą cukru pudru, czeka do Wigilii co najmniej dwa tygodnie, nabierając smaku. Po przekrojeniu ujawnia swój dodatkowy czar; w samym środku ciasta, idący wzdłuż, długi, bynajmniej nie cieniutki, marcepanowy wałeczek.
We wspominanej później często "Słodkiej Szafie" było jeszcze wiele rodzajów różnych ciasteczek, lukrowanych mini-gwiazdek z ciasta złożonego tylko z białek, cukru i mielonych migdałów (znacie tę zasadę; im więcej pracy wymaga jakieś danie, tym szybciej znika ze stołu?!), czekoladowych herbatników własnej roboty.
Nie jest tak, że bezustannie piekę i gotuję, tylko zaczynam przygotowania miesiąc przed Wigilią. Co parę dni powstaje coś nowego, co grzecznie potem czeka, schowane w metalowej puszce, owinięte folią albo i zamrożone. Aż się dziwię, że wcale nie mam tak dużo znajomych...
W wigilijnym antrakcie tu i tam wkradło się trochę bałaganu, coś się rozlało, nakruszyło, przejście tarasują odstawione na bok krzesła. Goście zaczynają przypominać najedzone, błogo rozleniwione koty w ciepłym pokoju.
To już akt 3.
Większość odeszła od stołu, trwa rozdawanie prezentów. Niektórzy są tak przejęci, że prawie odlecieli na dywanie z kolorowych strzępków papieru.
To czas na dobrze zaparzone, gorące i prawdziwe napoje. Niech herbata będzie naparem z liści, nie z bibuły i herbacianych trocin, a świeżo zmielona i zaparzona kawa nie pochodzi ze słoika pełnego instant kukurydzy.
Kompot wigilijny, dopóki aromatem wędzonych śliwek przypominał mi makrelę, był moim postrachem. Ale to dawno, dawno temu, kiedy nic nie było, nawet śliwek suszonych, tylko wędzone. Teraz do kompotu dodaję trochę świeżego soku z pomarańczy i żurawin. Dobrze ochłodzony budzi zdziwienie, dlaczego właściwie pijemy go tylko raz w roku?
Z całą pewnością nie wymieniłam jeszcze wielu wspaniałych wigilijnych dań. Niektórzy podają zupę grzybową (jeśli dobra, zazdroszczę), karpia po żydowsku (jeśli swojej roboty, podziwiam ), inni kutię ( gratuluję!). Wszystko zależy od geografii rodzinnych tradycji, naszą jest decyzja czy je utrzymamy. W Wigilii biorą też udział ci, którzy nie siedzą już z nami przy stole, ci, których wspominamy. Właśnie tego wieczoru powinni móc rozpoznać stół swojej własnej rodziny. Inaczej to nam należy się figa z makiem!
