"Polska tradycja"... czy aby na pewno ? Raczej polski stereotyp, wystawny obiad dla bohaterów którejś z polskich telenowel. Ale tak właśnie miało to wyglądać. Stylista, jak projektant wnętrz, realizuje zazwyczaj nie swoje wizje.

REKLAMA
Wielkanoc wypada w marcu lub kwietniu, więc cztery miesiące wcześniej (tyle trwa cykl wydawniczy typowego magazynu dla kobiet), spływają pierwsze redakcyjne zamówienia. Odzywają się pisma, które na co dzień niczego od nas, czyli fotografa i stylistki, nie chcą, ponieważ korzystają z archiwów swoich macierzystych, zagranicznych wydawnictw. Ale polskiej Wielkanocy nie da się oszukać. Taka jaka jest, z żurkiem, rzeżuchą, babą i mazurkiem, jest jedyna w Europie. W tym roku zrobimy znowu ponad dziesięć stołów wielkanocnych, z których żaden w ogóle nie może przypominać innego. Pisma kobiece konkurują ze sobą. Mają, w co trudno czasem uwierzyć, różny profil i ambicje. Zdjęcie, które będzie się podobało w "Tinie", w "Claudii" nie ma najmniejszych szans. Ten, kto pracuje dla "Przyjaciółki", na pewno nie będzie zatrudniony do "Elle". Niektóre redakcje mają bardzo specyficzne wymagania; np.nie tolerują w aranżacji jakiegoś koloru (podobno żle wychodzi u nich w druku), inne nie wierzą w niefotogeniczność swych oryginalnych pomysłów. Potem układamy talerze z potrawami w rzadkiej trawce niewyrośniętego jeszcze trawnika z rolki (przypominam, że jest styczeń), spod której czarnymi plackami prześwituje ziemia. I w najgorszych fragmentach sztukujemy brak trawki szczypiorkiem. (Nie polecam).
Ciekawe, czy ktoś kartkujący potem te strony działów kulinarnych, pomyśli, "skąd się to wszystko wzięło?" . Jeśli w centrach handlowych widzicie młodych ludzi, obładowanych wielkimi, wypchanymi torbami z markowych sklepów; nie ulegajcie niepotrzebnej zazdrości. Bo to raczej nie są zakupy, których dokonali w kaprysie rozpasanego luksusu. To styliści, dżwigający na sesje zdjęciowe zawsze trzy razy za dużo towaru (tak być musi, tak udowadnia się swą jakość i próbuje zadowolić tuziny osób, które będą brały udział lub będą oceniały efekt sesji).
Rzeczy potrzebne do zdjęć wypożyczane są ze sklepów, stylista ma ze sobą odpowiedni formularz do wypełnienia i mnóstwo wytrenowanej pewności siebie. Wydaje mi się, że wyłapując kiedyś wzrokiem podczas wiadomości tv odpowiedni, stylowy fotel w Pałacu Prezydenckim, miałam absolutną pewność, że gdybym tylko chciała...
Teraz stoję z ciężkimi torbami przed drzwiami studia. Każdy talerzyk, każdy kieliszek, opakowane w pojedynczą bibułkę. Za chwilę będę wszystko rozwijać i ustawiać te naprawdę drogie przedmioty na podłodze. Studia, w których robi się zdjęcia potrawom, nie muszą być duże. Leciutko przeprasuję dwa obrusy w różnych odcieniach bieli, nie wiadomo, który lepiej zagra z kolorem porcelany. Stół, na którym ustawimy (na razie tylko na próbę) puste naczynia, wcale nie jest stołem, tylko dziwną konstrukcją z metalowych rur i przezroczystej płyty. O "scenografii" to trzeba było pomyśleć wczoraj, co dajemy na tło? Atrapa okna była dla "Mojego gotowania", pastelowe deski dla "Twojego Dziecka", więc tutaj zawiesimy firankę i mieszczańską zasłonę w pasy. Zasłony będzie tylko tyle, ile potrzeba marginesu miejsca na umieszczony póżniej tytuł. Czyli jakieś 50 cm ponad stołem.
Fotograf jest w nie najlepszym humorze, co zdarza mu się prawie zawsze. Ale fotograf jest najważniejszy, w końcu, nawet gdybym przygotowała sama cały stół, nie ustawię światła i nie zrobię dobrego zdjęcia. Od czasu fotografii cyfrowej wiele osób ulega takiemu złudzeniu, sprawdzcie sami, czy zdjęcia, zamieszczone na sąsiednim blogu o dietetyce, są w stanie zachęcić kogoś do proponowanych potraw?
My na jedno zdjęcie pracowaliśmy około 2-3 dni. Ciasta, upieczone w domu , wiozłam do studia z ostrożnością terrorystki, mój ładunek też nie mógł się w drodze nawet przechylić.
Wszystkie pozostałe dania przygotowaliśmy razem z fotografem w studyjnej kuchni.
Dziwna, niepisana umowa o tajemnicy, okrywającej wszystko to, co dzieje się w studio, sprawia, że nawet dziesięć lat potem mam pewne obiekcje z pisaniem na ten temat.
Całkiem otwarcie zdradzić mogę, jak długo trwają takie sesje. Wiele godzin minie, zanim wszystkie potrawy zjawią się na stole, potem będą wielokrotnie przestawiane (oko aparatu widzi inaczej niż oko ludzkie) i smarowane tajemną miksturą, która uwypukli ich kolor i "świeżość". Potem znów minie dłuższy czas, zanim fotograf odpowiednio oświetli cały stół, stosując przy tym swoje sztuczki z lusterkami, a nawet z gałęziami w całości zasuszonymi z liśćmi. Dlatego właśnie zamiast lodów trzeba mieć sztuczną masę, (ewentualnie umieć zrobić je samemu, najłatwiej z potrójnie zmielonego twarogu). Dawno stopiłyby się na stole, bo oprócz upływu czasu, działają na nie także mocne światła.
Na regałach w studyjnej kuchni trzyma się wszystko, co może kiedykolwiek się przydać. A do tego należy także ...piasek. Do dużych misek, w których ułożyć trzeba np. sałatę, wsypujemy prawie po brzegi "wypełniacz", czasem to właśnie piasek, czasem płatki owsiane. Wtedy górna warstwa ładnie się układa i nie trzeba jej aż tak dużo.
Sesja na pewno nie skończy się ucztą, ponieważ właściwie nic z tego, co stoi na stole, nie nadaje się do zjedzenia. Mięso jest na pół surowe, ser w torcie bliższy specyfikom z placu budowy, niż sernikowi. Niektóre składniki, dla lepszego zaprezentowania, wbite są w potrawę szpilkami. Zawsze kusiło mnie, żeby być w tej pracy bliżej prawdziwemu jedzeniu i ilekroć tego próbowałam, efekt był gorszy.
logo

Wracając do zdjęcia z roku 2002, spójrzcie na żurek w lewym, dolnym rogu. Żeby na powierzchni zupy utrzymać jajko na twardo,trzeba było coś pod nie podłożyć. Tym razem, ponieważ domyślałam się, że za 10 lat dla potrzeb tego tekstu przyda mi się taka mała wpadka, ułożyłam jabłko tak, aby było widoczne. Na szczęście nikt w redakcji tego nie wychwycił. Lody są, oczywiście ze sztucznej masy. I jaka szkoda, że prawie nie widać ułożonych gdzieniegdzie pastelowych migdałów w cukrze. Taka byłam z nich wtedy dumna, a kosztowały "tylko" 1/4 wynagrodzenia, jakie otrzymałam za to zdjęcie.
Czyli -stół to nie stół, jedzenie nie jest do zjedzenia i nikt nie uczestniczył w "biesiadzie".
Życzę wszystkim Świąt bez mistyfikacji!