O autorze
Jestem iranistką, która choć niezmiennie zakochana w Iranie, patrzy nań z dystansu. Dystansu, który paradoksalnie jest możliwy tylko wtedy, gdy patrzymy od wewnątrz. Wierzę bowiem, że wnikliwa analiza wydarzeń, jakie mają miejsce w kraju słowików i róż, jest możliwa tylko wtedy, gdy uwzględnimy ich kontekst kulturowy. Od grudnia 2011 roku mieszkam w Teheranie. W samym centrum, gdzie co piątek budzą mnie gniewne nawoływania Śmierć Izraelowi, Śmierć Ameryce płynące z gardeł wiernych, którzy przybyli tłumnie na dziedziniec Uniwersytetu Teherańskiego, by wziąć udział w piątkowych modłach. Przysłuchuję się im pijąc poranną kawę i robiąc zakupy w pobliskich sklepikach, których właściciele, wbrew temu, co słyszę zza uniwersyteckiego muru, twierdzą, że Żydzi są w porządku i Amerykanie też.

Następcy Ahmadineżada bez recepty na walkę z kryzysem.

Wczoraj w Iranie odbyła się pierwsza debata telewizyjna w ramach tegorocznej kampanii prezydenckiej. Jej temat dotyczył najbardziej palącego problemu Iranu, czyli gospodarki. W debacie wzięło udział wszystkich ośmiu kandydatów, którzy przez cztery godziny odpowiadali na szereg pytań dotyczących inflacji, gwałtownego wzrostu cen w Iranie w ciągu ostatniego roku, a także problemów sektora mieszkaniowego i bezrobocia.


Już przy wejściu do studia telewizyjnego dały o sobie znać sympatie i antypatie kandydatów: Mohsen Reza’i w holu budynku Seda-o-Sima, irańskiego nadawcy państwowego, nie podał ręki Saidowi Dżaliliemu, którego wyciągnięta w geście powitania dłoń samotnie zawisła w powietrzu. Zgoła inaczej przywitał Dżaliliego Hassan Rouhani, który serdecznie uściskał kontrkandydata. Obu kandydatów łączy podobne doświadczenie na stanowisku negocjatora irańskiego programu nuklearnego, które Rouhani zajmował przed Dżalilim. O ile jednak Rouhani postrzegany był jako skuteczny negocjator, a zachodnie media określały go mianem szejka dyplomacji, o tyle nazwisko Dżaliliego coraz częściej utożsamiane jest z trwającym od dłuższego czasu impasem w rozmowach z krajami grupy „5+1” i zwiększeniem sankcji nałożonych na Iran.


Wczorajsza debata podzielona była na trzy części; w pierwszej kandydaci byli wywoływani do odpowiedzi losowo. Po trzyminutowej wypowiedzi na zadane pytanie pozostali mogli odnieść się do słów rywala, lub przedstawić własny program w danej kwestii. W drugiej części odpowiadali na pytania testowe, w trzeciej zaś proszeni byli o przedstawienie luźnych skojarzeń z obrazkami, jakie im zaprezentowano.

Pierwszy z kandydatów, Mohammad Gharazi, miał odpowiedzieć na pytanie jak zamierza zahamować wzrost bezrobocia w Iranie, które według danych przytoczonych podczas debaty przez Rouhaniego sięga obecnie 25 proc. O dziwo, zamiast planu działań zmierzających do wyjścia z kryzysu widzowie usłyszeli historię inflacji w Iranie na przestrzeni ostatnich stu lat. Konkretnej odpowiedzi nie udzielił też Mohammad Bagher Ghalibaf, obecny burmistrz Teheranu, który jedynie stwierdził, że walka z bezrobociem wymaga podjęcia działań zarówno krótko- jak i długofalowych. Od pozostałych kandydatów dowiedzieliśmy się, że należy zapobiegać zamykaniu fabryk i tworzyć nowe miejsca pracy. Ali Akbar Welajati, niegdysiejszy przewodniczący irańskiego parlamentu, mówił też o potrzebie wspierania rolnictwa i przemysłu. Dla odmiany Mohammad Reza Aref, kandydat reformatorów, na wstępie zdefiniował trzy przyczyny, które zdeterminowały obecny fatalny stan gospodarki Iranu. Obok zarzutów pod adresem rządu Mahmuda Ahmadineżada podkreślił też znaczne pogorszenie stosunków z krajami trzecimi. Według Arefa, aby uporać się z problemem bezrobocia, należy stworzyć w Iranie milion nowych miejsc pracy. Osiągnięcie tego celu jest jednak – jak zauważył Aref- niemożliwe bez pełnej realizacji art. 44 konstytucji Islamskiej Republiki Iranu, który zakłada prywatyzację wielu państwowych instytucji. Nie są to nowe plany. Realizację artykułu 44 zawarł w swoim planie wyborczym cztery lata temu Mir Hosejn Musawi. Również za czasów prezydentury Haszemiego Rafsandżaniego (1989 – 1997), Zgromadzenie Ekspertów przyjęło plan prywatyzacji części państwowych przedsiębiorstw. Z chwilą, gdy prezydentem kraju został Mahmud Ahmadineżad, rozpoczęła się ‘wyprzedaż’ akcji spółek państwowych po cenach znacznie niższych niż ich wartość rzeczywista. Podmiotami, które zakupiły większość akcji, były prywatne spółki, kontrolowane przez Strażników Rewolucji, fundacje (bonjad) związane ze skrajnymi konserwatystami, oraz firmy, których właścicielami są duchowni reprezentujący samo jądro obozu konserwatywnego. Umiarkowanie konserwatywny kandydat Hassan Rouhani wspomniał o potrzebie otwartej krytyki, bez której żaden rozwój nie jest możliwy. W charakterystycznym dla Irańczyków stylu na pytanie o walkę z bezrobociem zareagował Hadad Adel, który wyrecytował wiersz Sa’adiego, klasycznego poety perskiego z XIII w. na potwierdzenie własnych słów, że wydatki rządu nie powinny przekraczać przychodów państwa.


Uderzające jest, że żaden z kandydatów nie potrafił udowodnić, iż posiada przygotowany plan walki ze wzrostem bezrobocia. Wszyscy krążyli jedynie wokół problemu usiłując zdefiniować jego istotę. Nikt jednak nie spróbował wskazać konstruktywnych rozwiązań.
Na różne sposoby definiowali problem, ale rozwiązania nie zdradzili.
Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta
0 0Przekop Mierzei przyciąga turystów. Nie wszyscy się cieszą
0 0Będzie nowy serial w świecie "Star Wars". Jest mroczny zwiastun