Barbara Nowacka podpisała porozumienie z Koalicją Obywatelską. Tym samym kończy się nadzieja wielu osób utożsamiających się z lewicą, w tym niżej podpisanej, na stworzenie wspólnego bloku ugrupowań lewicowych, który mógłby zrobić wyłom w skamielinie PO-PiSu i stać się trzecią liczącą się siłą na scenie politycznej.

REKLAMA
Wyobraźmy sobie przez chwilę, że Robert Biedroń, Barbara Nowacka, Paulina Piechna-Więckiewicz, a także aktywiści różnych ruchów społecznych, partia Razem, SLD tworzą nowy wyraźnie lewicowy ruch społeczny. Political fiction? W Polsce niestety tak. Ale gdyby się na chwilę oderwać się od polskiej piaskownicy politycznej, nie ma wątpliwości, że w większości krajów o dojrzałych demokracjach taka koalicja byłaby możliwa i oczywista, zwłaszcza że prawie nie ma różnic programowych, a w każdym razie mniejsze, niż między lewicą a prawicową PO, zaś głównym celem jest odsunięcie PiSu od władzy.
Dlaczego to co gdzie indziej byłoby możliwe, w Polsce jest utopią? To co dzieli poza historią to głównie osobiste ambicje liderów/ek, nie zaś jak twierdzą, skuteczna strategia polityczna. Nie ma bowiem skuteczniejszej strategii politycznej, niż współpraca i stworzenie lewicowego bloku politycznego, który miałby ostrożnie licząc 15 procent poparcia, a może znacznie więcej, gdyż Platformie raczej nie uda się rozbić szklanego sufitu 25%, dzięki czemu pozyskanie głosów tych, którzy „nie mają na kogo głosować” jest bardzo realne.
Taki blok lewicowy mógłby następnie zawrzeć koalicję z PO/Nowoczesną, PiS straciłoby władzę absolutną, zaś lewica mogłaby nawet współrządzić z Koalicją Obywatelską. Trudne, ale nie niemożliwe, jeśli przyświecałoby dobro wspólne, a nie własne.
To prawda, koalicje lewicowe w ostatnich latach ponosiły porażkę, jak choćby Zjednoczona Lewica. Ale wnioski, jakie wyciągnęły środowiska lewicowe z tej porażki są opaczne. Zamiast zakasać rękawy i zacząć się dogadywać, każdy myśli o sobie. SLD woli startować samodzielnie, bowiem ich ambicje nie sięgają wyżej, niż przekroczenie 5-procentowego progu wyborczego i powrót, choćby garstki do parlamentu, by tam doczekać politycznej emerytury. Na co liczy partia Razem, nie mam pojęcia.
Tym bardziej rozejście się Nowackiej i Biedronia, nawet jeśli oboje osiągną indywidualny sukces, daje dość ograniczoną szansę na istotną zmianę na polskiej scenie politycznej. Ale cóż. Stało się. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
Nie chcąc totalnie krytykować, powiem, że bardziej zrozumiały jest dla mnie ruch Biedronia. Ma znaczne szanse na pewien sukces w pozyskaniu części elektoratu, ale też podejmuje duże ryzyko. Będę kibicować, by mu się udało, bo przynajmniej wykazał się dużą odwagą i determinacją. A poza tym wierzy, że mu się uda, a wiary w sukces poza nim nikt już nie ma po lewej stronie sceny politycznej, gdzie panuje smuta i niemoc. Tymczasem bez wiary nie ma zwycięstwa. Jeśli sami nie wierzymy w sukces, dlaczego inni mieliby weń uwierzyć?
Co do Barbary Nowackiej uważam, że popełnia duży błąd. Liderka projektu „Ratujmy kobiety”, który przepadł w Sejmie m.in. za sprawą jej obecnych koalicjantów, w parę miesięcy po tym haniebnym fakcie dokonuje takiej wolty. Przy całym moim uznaniu dla Barbary za Ratujmy Kobiety, nie będę ukrywać, że bardzo osobiście odbieram jej decyzję. Sama od kilkudziesięciu lat walcząc o prawo Polek do legalnej i dostępnej aborcji, widziałam w niej godną kontynuatorkę walki o prawa reprodukcyjne, która dokona tego, czego mnie się nie udało. Bez wątpienia Nowacka wejdzie do Sejmu, ale łącząc się z Platformą de facto grzebie Inicjatywę Polska, ale nad nią płakać nie będę. Jednak zawieszenie na kołku, by nie powiedzieć sprzeniewierzenie się prawom reprodukcyjnym to zupełnie inna sprawa. W Koalicji Obywatelskiej będzie musiała prawa kobiet złagodzić czy wręcz odłożyć. Ktoś powie, że najważniejsze jest odsunięcie PiSu od władzy. Ja powiem tak, to bardzo ważne, ale powrót do tego co było, powrót polityki prowadzonej przez PO, byłoby nie do zniesienia i zmiany na lepsze nie zapewni. Nowacka Platformy nie odmieni, za to sama nie raz będzie godzić się na kompromisy, o których jej się nawet nie śni.
No cóż, gen destrukcji tkwiący nie od dziś w polskiej lewicy na długo pogrzebie jej szanse na powrót na dużą scenę polityczną. Czyżbyśmy więc na zawsze byli skazani na PO-PiS?
A może jednak Biedroniowi się uda...