Zacznę od refleksji osobistej. Kiedy przez lata walczyłam na pierwszej linii o prawo kobiet do przerywania ciąży, środowiska antyaborcyjne organizowały wielkie marsze przeciw aborcji. I choć głoszona przez nich ideologia jest fundamentalnie sprzeczna z moimi poglądami, nigdy nie przyszło mi do głowy, by domagać się delegalizacji tych marszów, nawet wtedy gdy wieziono na nich billboardy, na któych moja twarz umieszczona była obok twarzy Hitlera. Choć było to niewątpliwie szerzenie szkodliwej antykobiecej ideologii i mowy nienawiści, jednak podczas tych marszów nie było przemocy. Mieściło się to zatem w ramach dopuszczalnej prawem wolności słowa.

REKLAMA
Marsze narodowców to jednak zupełnie coś innego. Ich celem nie jest korzystanie z wolności słowa. Ich celem jest podrzeganie do nienawiści wobec innych, szerzenie treści powszechnie zakazanych, ale w Polsce tolerowanych (antysemityzm, rasizm i faszyzm) poprzez stosowanie przemocy, agresję i zadymy. Stosowania przemocy nie można usprawiedliwiać wolnością słowa. Trzeba to nazywać przemocą.
Chcę przypomnieć obrońcom wolności słowa tylko parę faktów. Jednym z najniebezpieczniejszych był marsz narodowców w 2013 r. Miały wtedy miejsce napady na warszawskie squaty, ambasadę rosyjską czy spalenie Tęczy. Napastnicy wybijali szyby, wrzucali race do budynków, a policja nie reagowała. Squatersi skarżyli się, że policja podjęła interwencję dopiero wtedy, gdy spalono samochód. Przed kolejnymi marszami mieszkańcy squatów warszawskich barykadowali się przed ewentualnymi napadami. Pisałam wtedy „Rozruchy w centrum Warszawy czyli świętowanie patriotyzmu po kibolsku budzi obrzydzenie, a także niepokój, czy policja sobie z nimi poradzi”. To było naprawdę groźne. Mieliśmy szczęście, że nikt nie doznał poważniejszych obrażeń.
W 2017 r. policja „wsławiła” się ochroną Marszu Niepodległości przed kilkunastoma kobietami, które odważyły się wejść w ten wrogi tłum z transparentem Kobiety przeciw faszyzmowi. I to one zostały skazane na karę grzywny za to, że próbowały powstrzymać marsz narodowców, nie zaś ci co łamią prawo szerząc nienawiść i stosując przemoc. Niektórzy mówią, że marsz narodowców był legalny, a ich protest nie. Trzeba jednak pamiętać, że poza literą prawa i formalizmem prawnym niemniej ważny jest duch prawa. I nie mam wątpliwości, że ich słuszny protest broni porządku publicznego, a tzw. Marsz Niepodległości temu porządkowi zagraża.
Dlatego buntuję się, gdy słyszę „wolnościowców” (do których nb. sama się zaliczam, na co mam mocne papiery), że w imię wolności słowa nie należy zakazać Marszu Niepodległości. Gdyby tu chodziło o wolność słowa, nie protestowałabym. Ale tu chodzi o przemoc stanowiącą poważne zagrożenie dla porządku publicznego. A tego nie można tolerować. Piszę te słowa z pełną świadomością, że jest w Polsce możliwe, że jakaś władza może nadużyć prawa, by zakazać imprez, które jej się nie podobają z powodów światopoglądowych. Doświadczyły tego środowiska LGBT, gdy Lech Kaczyński zakazał Parady Równości. W przyszłości może to dotknąć środowiska kobiece czy obywatelskie.
Ale żeby do tego nie doszło i by uniknąć wykorzystywania w przyszłości dzisiejszego zakazu Marszu Niepodległości przez środowiska, które będą chciały zakazywać imprez z powodów światopoglądowych, nie można traktować Marszu Niepodległowści jako ekspresji wolności słowa. Nie można ignorować faktu, że immanentną cechą tych marszów jest przemoc. A przemoc plus nienawiść i zakazane treści niosą poważne ryzyko dla społeczeństwa. Świadomy i odpowiedzialny polityk musi brać te argumenty pod uwagę.
Co najmniej dziwne i sprzeczne z logiką, są zarzuty pod adresem Gronkiewicz-Waltz, że przecież ona nie wie na pewno, że podczas marszu może się coś groźnego wydarzyć. To prawda, nie posiadła wiedzy o przyszłości, ale od tego ma rozum i wiedzę, by przewidywać. Na tym polega prowadzenie polityki – podejmowanie decyzji o przyszłości na podstawie wiedzy o przeszłości i szacowaniu ryzyka. Tak jak ze szczepieniami, nikt nie wie, czy dziecko zachoruje, ale nieszczepienie niesie poważne ryzyko dla społeczeństwa.
Konkludując, wolność słowa, prawo do demonstracji – po wielokroć tak! Ale wolność do stosowania przemocy, podrzeganie do nienawiści przy nadużyciu wolności słowa – po wielokroć nie!