Zacznę od refleksji osobistej. Kiedy przez lata walczyłam na pierwszej linii o prawo kobiet do przerywania ciąży, środowiska antyaborcyjne organizowały wielkie marsze przeciw aborcji. I choć głoszona przez nich ideologia jest fundamentalnie sprzeczna z moimi poglądami, nigdy nie przyszło mi do głowy, by domagać się delegalizacji tych marszów, nawet wtedy gdy wieziono na nich billboardy, na któych moja twarz umieszczona była obok twarzy Hitlera. Choć było to niewątpliwie szerzenie szkodliwej antykobiecej ideologii i mowy nienawiści, jednak podczas tych marszów nie było przemocy. Mieściło się to zatem w ramach dopuszczalnej prawem wolności słowa.
Co najmniej dziwne i sprzeczne z logiką, są zarzuty pod adresem Gronkiewicz-Waltz, że przecież ona nie wie na pewno, że podczas marszu może się coś groźnego wydarzyć. To prawda, nie posiadła wiedzy o przyszłości, ale od tego ma rozum i wiedzę, by przewidywać. Na tym polega prowadzenie polityki – podejmowanie decyzji o przyszłości na podstawie wiedzy o przeszłości i szacowaniu ryzyka. Tak jak ze szczepieniami, nikt nie wie, czy dziecko zachoruje, ale nieszczepienie niesie poważne ryzyko dla społeczeństwa.
