Jak co roku wzięłam udział w kilku uroczystych inauguracjach Roku Akademickiego 2013/2014 na warszawskich uczelniach. Miło było patrzeć na twarze młodych, przejętych studentów, którzy po raz pierwszy w życiu przekraczali próg uczelni. W tle widziałam jednak zafrasowanych rektorów, dziekanów i wykładowców. Z satysfakcją mówili oni o sukcesach naukowych swych studentów i rozwoju uczelni, na których pracują. Z troską opowiadali o kryzysie finansowym nękającym świat akademicki i o barierach administracyjnych, które muszą pokonywać, by zdobyć fundusze na prowadzenie działalności naukowej. Uczelnie wyższe zmagają się z wszechobecną biurokracją. Wykładowcy zamiast koncentrować się na dydaktyce i badaniach, muszą wypełniać stosy dokumentów, sprawozdań, formularzy i podań, licząc na to, że efektem tej „papierologii” będzie grant naukowy.

REKLAMA
Rektorzy wskazywali na absurdalność niektórych procedur w przyznawaniu grantów. Chodzi o barierę wieku naukowców (35 rok życia), powyżej której trudniej jest o dofinansowanie badań. Gdyby Albert Einstein lub Maria Skłodowska-Curie byli ograniczeni takimi procedurami ich wkład w rozwój światowej nauki zapewne byłby o wiele mniejszy. W ich przypadku jak wiadomo bariera wieku, magicznej 35-ki nie otrzymaliby pieniędzy na badania.
Niestety w wypowiedziach rektorów nie pojawiły się kwestie nierównego dostępu do studiów. Nie słyszałam nic o niwelowaniu nierówności pomiędzy studentami pochodzącymi z różnych grup społecznych. Nie wydaje się by był to problem pochłaniający uwagę władz uczelni wyższych. Tymczasem tylko 2 proc. studentów pierwszego roku publicznych uczelni, pochodzi z terenów wiejskich. Trudności w dostępie do bezpłatnej nauki dla studentów pochodzących z mniej majętnych rodzin i regionów, tylko pogłębiają te nierówności i utrudniają uboższym start w dorosłe życie. Uniemożliwia to zdobycie im wysokich kwalifikacji, czasem nawet blokuje rozwój wielu młodych talentów, które ostatecznie społeczeństwo traci bezpowrotnie. Część z nich na pewno trafi do małych uczelni prywatnych, których poziom często pozostawia wiele do życzenia, i które i tak znikną wkrótce z rynku, z powodu zmniejszającej się dzietności. Za naukę w takich szkołach, mniej uprzywilejowani studenci, muszą słono zapłacić, a i tak z nauki w takich uczelniach wyniosą mniej niż ich koledzy i koleżanki studiujący na renomowanych uniwersytetach.
Rząd nie robi tymczasem nic, by pomóc chcącym studiować, lecz nie mogącym sobie na to pozwolić Polkom i Polakom. W ten sposób na bezpłatnych uczelniach studiują dziś głównie dzieci zamożnych rodziców, a władze nie podejmują żadnych działań by zmniejszyć społeczne dysproporcje i ułatwić dostęp do edukacji i wyższych uczelni młodzieży gorzej sytuowanej. Ta rosnąca nierówność w dostępie do edukacji jest jednym z najważniejszych problemów współczesnej Polski i barierą dla jej rozwoju. Rząd musi zrozumieć, że inwestycja w edukację społeczeństwa to inwestycja w przyszłość. Władzom powinno zależeć, by wykształceni obywatele byli awangardą naukową, intelektualną i techniczną Europy w przyszłości, a nie tylko tanią siła roboczą.
Pora więc najwyższa, by zacząć realizować w Polsce zasady równości w dostępie do edukacji, także w systemie kształcenia akademickiego.