
Kilka tygodni temu pod wpływem kolejnych opadów śniegu powróciłam do swoich zapisków z pierwszej wyprawy motocyklowej. Dzisiaj nie widząc dalej wiosny na horyzoncie postanowiłam wrócić wspomnieniami do drugiego z moich wyjazdów tym razem w Alpy.
REKLAMA
W Alpy zapisałam się bez zastanowienia zresztą tak jak na większość wyjazdów klubowych. Liczą się przecież ludzie, atmosfera oraz kilometry przejechane razem, a nie miejsce docelowe. Jak się okazuje, była to trafna decyzja, bo gdybym się wcześniej zagłębiła w szczegóły dotyczące trasy, jaka nas czekała, na 100% nie odważyłabym się wyruszyć w taką podróż.
Tylko jak gdziekolwiek jechać, kiedy się nie ma motocykla? Termin wyjazdu zbliżał się nieubłaganie. Został tydzień, a wymarzonego motocykla nie mogłam wciąż znaleźć. W ostateczności czekało mnie plecaczkowanie, lecz każdy motocyklista wie, że jak raz zakosztuje się motocyklowej wolności, to już jazda w tandemie nie jest tym samym :)
Tylko jak gdziekolwiek jechać, kiedy się nie ma motocykla? Termin wyjazdu zbliżał się nieubłaganie. Został tydzień, a wymarzonego motocykla nie mogłam wciąż znaleźć. W ostateczności czekało mnie plecaczkowanie, lecz każdy motocyklista wie, że jak raz zakosztuje się motocyklowej wolności, to już jazda w tandemie nie jest tym samym :)
Optymistycznie pomyślałam - no nic, może motocykl sam mnie odnajdzie...
Będąc w podróży służbowej dostałam sms-a od mojego Taty: "Mam coś, ale więcej jak wrócisz".
Brzmiało ciekawie, lecz do Warszawy dotarłam po 19:00. Tata zasugerował, że może pojechalibyśmy zobaczyć ten motocykl, bo stoi on niedaleko Warszawy. Stwierdziłam: „Ok, ale Ty prowadzisz, bo ja jestem wycieńczona podróżą oraz atrakcjami, jakie miałam tego dnia”.
Jak się okazało, motocykl oczywiście był dużo dalej niż bliżej czyt. „duuuuużoooo dalej...”
Efekt - wariatów nie sieją, sami się rodzą ;) Motocykl oglądałam po godz. 23:00 w blasku reflektorów samochodu i cóż... była to miłość od pierwszego wejrzenia :)
Załatwianie spraw biurokratyczno - urzędowych sprawiło, że moja żółtą „Bee” miałam gotową do jazdy na 2 dni przed godziną zero. A przecież powinnam jeszcze się wjeździć... AAAAA!!!!
Organizator eskapady stanął na wysokości zadania, przesyłając wspierające smsy typu: „Twardzielu, dasz radę”. Dzień przed wyjazdem zadzwoniła koleżanka z klubu Sylwia, pierwsze słowa, jakie usłyszałam w słuchawce brzmiały: „Widziałaś te trasy? Matko... ja nie wiem jak sobie dam radę. Wjechać ja tam wjadę, ale co dalej? Najwyżej usiądę sobie na kamieniu, zacznę płakać i ktoś zjedzie moim moto...”. MATKO!!! Jak to Ona - taka doświadczona motocyklistka - i jest przerażona!?! To, co ja mam powiedzieć – pomyślałam. Jej histeria zaczęło mi się udzielać.!
Będąc w podróży służbowej dostałam sms-a od mojego Taty: "Mam coś, ale więcej jak wrócisz".
Brzmiało ciekawie, lecz do Warszawy dotarłam po 19:00. Tata zasugerował, że może pojechalibyśmy zobaczyć ten motocykl, bo stoi on niedaleko Warszawy. Stwierdziłam: „Ok, ale Ty prowadzisz, bo ja jestem wycieńczona podróżą oraz atrakcjami, jakie miałam tego dnia”.
Jak się okazało, motocykl oczywiście był dużo dalej niż bliżej czyt. „duuuuużoooo dalej...”
Efekt - wariatów nie sieją, sami się rodzą ;) Motocykl oglądałam po godz. 23:00 w blasku reflektorów samochodu i cóż... była to miłość od pierwszego wejrzenia :)
Załatwianie spraw biurokratyczno - urzędowych sprawiło, że moja żółtą „Bee” miałam gotową do jazdy na 2 dni przed godziną zero. A przecież powinnam jeszcze się wjeździć... AAAAA!!!!
Organizator eskapady stanął na wysokości zadania, przesyłając wspierające smsy typu: „Twardzielu, dasz radę”. Dzień przed wyjazdem zadzwoniła koleżanka z klubu Sylwia, pierwsze słowa, jakie usłyszałam w słuchawce brzmiały: „Widziałaś te trasy? Matko... ja nie wiem jak sobie dam radę. Wjechać ja tam wjadę, ale co dalej? Najwyżej usiądę sobie na kamieniu, zacznę płakać i ktoś zjedzie moim moto...”. MATKO!!! Jak to Ona - taka doświadczona motocyklistka - i jest przerażona!?! To, co ja mam powiedzieć – pomyślałam. Jej histeria zaczęło mi się udzielać.!
Dzień wyjazdu
Całą noc nie śpię, żołądek kurczy mi się do niewiarygodnych rozmiarów, jakby miał zaniknąć... Najgorsze jest to, że cały czas powtarzam sobie „ŚPIJ, musisz mieć siłę, by pokonać ten dystans”...
Punktualnie zjawiają się wszyscy na miejscu zbiórki, pogoda, jakby chciała nam zrobić psikusa, ale uśmiech z twarzy nie schodzi nikomu. Ruszamy! Tuż przed Częstochową dostaję znak od kolegi, jadącego za mną "Stawaj natychmiast!!". Serce zaczyna mi walić, adrenalina skaczę, wyobrażam sobie najgorsze. Jak się później okazuje „śmigiełkowy” (BMW) serwis zawiódł, moja rejestracja zamiast wisieć na dwóch śrubach, dynda sobie i w sumie nie wiadomo, dlaczego jeszcze jej nie zgubiłam?!?
Jedziemy dalej, formujemy szyk... Niestety polskie drogi nie dają o sobie zapomnieć, każdy kilometr przypomina walkę o życie w dżungli: koleiny, frezowanie, inni kierowcy... lecz największe atrakcje czekały na nas tuż przed Katowicami - koleiny na drodze, których chyba nie można nazywać koleinami, lecz rynnami, po których zjeżdżają bobsleiści! Chyba żaden z urzędników nie jechał tą drogą…
Mój stres nie mija - już myślę o jutrzejszym dniu, o alpejskich drogach... Choć już przejechałam ładnych kilka tysięcy kilometrów w tym sezonie (moim pierwszym pełnym), jakoś nie wierzę we własne siły, czuję, że cel zaczyna mnie przerastać...
Mijamy trzy granice (notabene, wszystkie bez tablicy rejestracyjnej. Czy od dzisiaj nazywać mnie będą w grupie "ghost rider"?). Na Słowację, do bazy nr 1 docieramy około godz. 18:00.
W czasie kolacji jestem dopingowana przez jedną z uczestniczek, by jutrzejszą prędkość utrzymywać w granicach 140km/h. Dla większości takie tempo jest „lightowe”, a dla mnie - jakby to powiedzieć - prawie astronomiczne, zwłaszcza po Junaku (Millenium 250ccm), na którym osiągałam maksymalnie 120km/h!
Dopingująca koleżanka nie ustaje w swoim działaniu, ale schodzę do podziemia i zawiązuje pakt z Nestorem (najstarszym uczestnikiem wyjazdu) – efekt: powyżej 130km/h nie jedziemy!!!
Wieczorem grupa pada szybko i o dziwo na placu boju z 14 osób zostaję tylko ja i mój alpejski mentor (Igor), od którego otrzymuję ostatnie wskazówki, po których powraca wiara w siebie. Choć wiem jedno - czeka mnie długa noc, 740km i wymarzone Alpy...
Dopingująca koleżanka nie ustaje w swoim działaniu, ale schodzę do podziemia i zawiązuje pakt z Nestorem (najstarszym uczestnikiem wyjazdu) – efekt: powyżej 130km/h nie jedziemy!!!
Wieczorem grupa pada szybko i o dziwo na placu boju z 14 osób zostaję tylko ja i mój alpejski mentor (Igor), od którego otrzymuję ostatnie wskazówki, po których powraca wiara w siebie. Choć wiem jedno - czeka mnie długa noc, 740km i wymarzone Alpy...
Dzień drugi – 740km
Śniadanko mieliśmy o świcie - 7:30 to nieludzka pora, jak na urlop! O 8:00 wszyscy są już spakowani, siedzą na motocyklach i czekają, aż organizator zacznie zakładać kask… to znak, że czas odpalać maszyny.
Pierwsze 100km przejeżdżamy przez zamgloną i chłodem powiewającą Słowację. Zmarznięta postanawiam wypróbować podgrzewane manetki i po chwili stwierdzam, że jest to wspaniały wynalazek. Jeden z kolegów tak skostniał (chciał zgrywać twardziela), że nie mógł włączyć przełącznika tego fantastycznego urządzenia. Na całe szczęście nim sople zaczęły dyndać nam z nosów, z za gór wyszło słońce i znowu poczuliśmy, że jedziemy na południe. Kilometry mijały, co magiczną godzinę/100km zatrzymywaliśmy się z hasłem „tolerancja dla palaczy i dla własnych kości” ;) Nim się obejrzeliśmy minęliśmy Bratysławę, a potem Wiedeń…
Podczas jednego z przystanków zostałam pochwalona przez „dopingującą koleżankę”, dosiadającą Suzuki GSRa 600, iż ładnie mi idzie rozwijanie prędkości. Uśmiechnęłam się tylko nie komentując, iż mojego paktu z Nestorem nie złamię. Nie zdawałam sobie sprawy, że to dopiero początek czekających mnie dzisiaj atrakcji...
Zaczęły się zakręty, nie łuczki, tylko prawdziwe zakręty, takie szybkie jeden po drugim, raj dla doświadczonych motocyklistów. A dla mnie - cóż... przy 140km/h... Powiem tak - nie wiedziałam, że znam tyle przekleństw i niestety poddałam się. Grupa poleciała, a ja ten odcinek postanowiłam pokonać własnym tempem w granicach 120km/h.
Na kolejnym postoju otrzymałam tysiące rad typu: „za słabo się pochylasz”, „głowa w zakręcie niżej”, „ścinaj lekko zakręty”, „spokojniej operuj gazem” itd. Dziękowałam za wskazówki, lecz jak tu spamiętać wszystkie rady i od razu zacząć je stosować? Nie było łatwo, ale w końcu, nie od razu Rzym zbudowano :)
Na motocyklach siedzieliśmy już ponad 7 godzin, od organizatora słyszeliśmy wciąż tę same słowa: "jeszcze 200 km". Zaczęło nas to niepokoić, gdy naszym oczom ukazał się znak „granica włoska”… a to już był trzeci taki komunikat dzisiaj. Około godziny 17:00 zjechaliśmy z autostrady i wjechaliśmy w piękną dolinę… otaczały nas góry, a trawa była tak nienaturalnie zielona... Nie wiedzieliśmy czy to jawa czy sen. Co ciekawe na drodze było coraz więcej motocyklistów, był to znak, że zbliżamy się do raju dla bikers'ów - czyli „Zakrętolandii”. Pokonywaliśmy pierwsze agrafki, które po przejechaniu 700 km przysparzały przyspieszonego bicia serducha i co ciekawe nie tylko mnie.
W końcu organizator dał znak: „zwolnijcie”, włączył kierunkowskaz i już byliśmy na miejscu. Przed nami ukazał się niesamowity widok - Alpy mieniące się w blasku promieni słonecznych!!
Właściciel pensjonatu spisał się na medal, u progu witając nas regionalną grapą. Był to wspaniały gest, który po 740 km BARDZO doceniliśmy, krążenie w naszych organizmach od razu zaczęło wracać do normy.
Właściciel pensjonatu spisał się na medal, u progu witając nas regionalną grapą. Był to wspaniały gest, który po 740 km BARDZO doceniliśmy, krążenie w naszych organizmach od razu zaczęło wracać do normy.
Dzień trzeci - na podbój Grossglocknerstrasse - 340km
Pierwszego „alpejskiego” dnia, organizator wyjazdu postanowił wybrać jego zdaniem najtrudniejszą trasę.
Mieliśmy zdobyć lodowiec Grossglockner. Nim to jednak się stało, pokonywaliśmy przepiękne doliny, dookoła otaczały nas góry, wodospady, malownicze miasteczka. Naczelny fotograf tego wyjazdu (Basia), przesiadła się do Igora. Motocyklista ten był bardzo dzielny, gdyż pchełka, która się z tyłu kręciła, dawała mu do wiwatu. Zamiast składać się w zakręty, odchylała się w drugą stronę, bo "o.. ciekawy krzaczek", a to myślała, że to świstak, co tę czekoladę w sreberka zawija, gdzieś tam sobie siedział. Oj - walczył kolega, walczył z prawami fizyki…
Staraliśmy się nasycić każdym pokonywanym kilometrem. Gdy zbliżaliśmy się do bramek wjazdowych na Grossglocknerstrasse, naszą idyllę przerwał wypadek… jakiś „ścigacz” nie wyrobił się na zakręcie. Kierowca niestety nie przeżył. Przypomniało nam to, iż w każdej sekundzie jazdy trzeba być przygotowanym na niezapowiedziane sytuacje i dostosowywać prędkość do swoich umiejętności.
Organizator zarządził, aby każdy pokonywał trasę własnym tempem. Podzieliliśmy się na podgrupy i ruszyliśmy na podbój jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych na świecie. Ja postanowiłam jechać z Tatą na końcu. Jechaliśmy spokojnie, by móc podziwiać widoki, co nie było łatwe, gdyż trasa składała się prawie z samych zakrętów... W końcu wypatrzyłam piękny parking widokowy. Postanowiliśmy się zatrzymać, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ustawiłam motocykl bardziej do zdjęcia, niż do późniejszej jazdy. I gdy już po sesji chciałam ruszyć, niestety nie mogłam go dźwignąć do pionu (alpejskie stromizny). Więc krzyczę „Tatusiu ratuj” i słyszę odpowiedź „piiii mać, nie czytałaś na forum tego, co pisałem o parkowaniu, piii...” itd.
Dosłownie kilka sekund po tym pięknym, jakże pokrzepiającym przemówieniu, okazuje się, że nawet doświadczony motocyklista ma chwile słabości i mój Taticzek zapomniał wystawić podnóżka zsiadając z motocykla i ponad 350 kg położyło się na gmolu ;) Ja oczywiście dostałam panicznego ataku śmiechu, widząc, że sprawiedliwość jednak istnieje, za co oberwało mi się jeszcze bardziej. W końcu pomogłam poderwać motocykl. A do końca pętli nie usłyszałam już ani słowa ;)
Trasa okazała się niesamowita - żadne zdjęcia, żadne filmy nie są w stanie tego opisać. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Nie!! To trzeba przeżyć na własnym motocyklu!
Zjeżdżając z lodowca, grupa dała trochę czadu, zaczęłam ich gonić, zgubić się tutaj raczej byłoby niewesoło bez gpsa... W końcu kątem oka zobaczyłam, że wszyscy stoją na stacji, musiałam wjechać na nią pod prąd, gdyż przejechałam wjazd. I tak już na zerowej prędkości, zapatrzyłam się na jednego z kolegów, no i zrobiłam szkolny błąd - do końca skręciłam kierownicę i zaczęłam lekko zjeżdżać z podjazdu, co skończyło się położeniem motocykla. Nie wiem jak mi się to udało (nie miałam gmoli), że nogi sobie nie przygniotłam, tylko jakoś się z tego motocykla ześlizgnęłam. Straty – złamany podnóżek pasażera oraz mała ryska. Ach... a miało być tak pięknie ;)
Po całym dniu wrażeń i nieziemskich widoków, organizator oznajmił: "moi mili, przykro mi, już piękniejszych tras i widoków podczas tego wyjazdu nie zobaczycie". Byliśmy lekko zaskoczeni tym oświadczeniem, lecz cóż... czy faktycznie coś mogło ten dzień przebić?
Wieczorem przeglądając zdjęcia i kosztując regionalne specjały, zakończyliśmy jeden z najwspanialszych dni motocyklowych w życiu.
Zjeżdżając z lodowca, grupa dała trochę czadu, zaczęłam ich gonić, zgubić się tutaj raczej byłoby niewesoło bez gpsa... W końcu kątem oka zobaczyłam, że wszyscy stoją na stacji, musiałam wjechać na nią pod prąd, gdyż przejechałam wjazd. I tak już na zerowej prędkości, zapatrzyłam się na jednego z kolegów, no i zrobiłam szkolny błąd - do końca skręciłam kierownicę i zaczęłam lekko zjeżdżać z podjazdu, co skończyło się położeniem motocykla. Nie wiem jak mi się to udało (nie miałam gmoli), że nogi sobie nie przygniotłam, tylko jakoś się z tego motocykla ześlizgnęłam. Straty – złamany podnóżek pasażera oraz mała ryska. Ach... a miało być tak pięknie ;)
Po całym dniu wrażeń i nieziemskich widoków, organizator oznajmił: "moi mili, przykro mi, już piękniejszych tras i widoków podczas tego wyjazdu nie zobaczycie". Byliśmy lekko zaskoczeni tym oświadczeniem, lecz cóż... czy faktycznie coś mogło ten dzień przebić?
Wieczorem przeglądając zdjęcia i kosztując regionalne specjały, zakończyliśmy jeden z najwspanialszych dni motocyklowych w życiu.
Dzień czwarty - Nockalm und Radstädter Tauern – 360 km
Wstaliśmy rano zgodnie z rozporządzeniami kierownika wycieczki, wspominając jeszcze poprzedni dzień.
Pokonywaliśmy kolejne kilometry po bajkowej krainie i muszę powiedzieć szczerze - kolega Ślimak się mylił! Nockalm i Radstädter są przepięknymi trasami i równie wymagającymi, jak wjazd na lodowiec.
Wstaliśmy rano zgodnie z rozporządzeniami kierownika wycieczki, wspominając jeszcze poprzedni dzień.
Pokonywaliśmy kolejne kilometry po bajkowej krainie i muszę powiedzieć szczerze - kolega Ślimak się mylił! Nockalm i Radstädter są przepięknymi trasami i równie wymagającymi, jak wjazd na lodowiec.
Tego dnia miałam problemy przy pokonywaniu agrafek. Zmieniałam biegi zbyt nerwowo, z trójki wskakiwał mi luz, co sprawiało, że miałam serce na wysokości gardła, nie wspominając o raptownych skokach adrenaliny. Nie jest to przyjemne uczucie, gdy musisz dodać gazu, by wjechać pod górę agrafką, a tu zmyłka - nie masz mocy, tylko wycie silnika. To bardzo wybijało mnie z rytmu i nie czerpałam zbyt wiele przyjemności z jazdy.
Może także ilość kilometrów oraz kumulacja atrakcji dawała o sobie znać?
Pod koniec dnia wracając do pensjonatu, przejechaliśmy wspaniały odcinek - nad nami rozciągała się autostrada przypominająca akwedukty. O dziwo, zaczęłam też już ładnie ścinać lekko zakręty oraz odważniej się pochylać, co sprawiało mi wielką frajdę. Wskazówki od moich mistrzów zaczynały działać.
I tak wszyscy jak potulne baranki jechaliśmy za naszym „pastorem”, aż w końcu wjechaliśmy w pole kukurydzy – dosłownie! Nie wiem, jak on tę dróżkę znalazł na swojej nawigacji?! Widoki były nieziemskie, mijaliśmy jakieś wioski, tubylcy spoglądali na nas z niedowierzaniem, chyba ostatni raz motocykle na ich drodze widzieli w latach 40... ubiegłego wieku.
Dzień piąty – na podój Dolomitów – 360 km
Dzień ten rozpoczęliśmy dla nas, jako grupy niełatwą decyzją. Jeden z kolegów troszeczkę zbyt bardzo imprezował po poprzedniego dnia i musieliśmy stanowczo zakazać mu wyjazdu, gdyż stałby się zagrożeniem dla siebie samego i dla nas. Niesamowite, ale pomimo swojego ego, facet zachował się naprawdę jak mężczyzna i postanowił zostać. Zresztą staramy się pielęgnować hasło: „Jedne za wszystkich – wszyscy za jednego”.
Cały czas mieliśmy w głowach słowa organizatora, że wszystko, co najpiękniejsze już widzieliśmy. Tego dnia mieliśmy pokonać trasę tysiąca „kurw” czyli po włosku - zakrętów :) 45 km pokonaliśmy w ponad 2 godziny! To był hardcore. Od zakrętów kręciło nam się w głowach. Nawet nie próbowaliśmy sobie wyobrażać, jak miejscowi pokonują tą trasę zimą.
Podczas jazdy strategię obrałam taką, że jechałam, jako trzecia, przede mną Sylwia, a prowadził Ślimak albo raczej prowadził go GPS, który okazał się cennym urządzeniem, gdyż tak naprawdę nie wiadomo było, co czyhało za następnym rogiem… W pewnym momencie z oczu zniknęła mi Sylwia i pokonując jeden z zakrętów, myślałam, że za nim jest prosta - i tu się myliłam, bardzo myliłam!! Była tam kolejna agrafka!!! Anioł Stróż nade mną czuwał, bo gdyby coś tam jechało, nie pisałabym dzisiaj tego sprawozdania. Co gorsza kilkaset metrów dalej jechała ciężarówka z drewnem i przyczepą, więc dziękowałam Bogu, że nie przytrafiło mi się to na kolejnym zakręcie. Od tego momentu byłam cieniem Salsy, trzymałam się jej bardzo blisko.
Gdy się zatrzymaliśmy na postój, nasze buzie nie przestawały się śmiać, nie mogliśmy uwierzyć, że takie trasy istnieją na ziemskich drogach. Ruszyliśmy dalej w stronę Włoch, które przywitały nas pięknym słońcem oraz wspaniałymi dziełami sztuki - ależ mają tam piękne samochody! A rynek w Cortina d’Ampezzo nas oczarował.
Bardzo mnie kusiła perspektywa skosztowania również kawy w Wenecji, byliśmy od niej oddaleni tylko 150 km, z czego 40 trasami lokalnymi, a reszta autostradą, lecz niestety brakowało nam czasu... Ale nie ma, czego żałować, gdyż drogi w Dolomitach są równie zakręcone jak w Alpach. Krajobrazy były genialne, aż chciałam zatrzymać czas, by móc się nasycić widokami.
Dzień szósty – 740 km
Czas wracać do domu... Wstaliśmy skoro świt, słońce dopiero wstawało, nad polami unosiła się mgła... W tak tajemniczej atmosferze żegnaliśmy się z Alpami, wiedząc, że jeszcze tutaj wrócimy.
Powrót autostradą był dla mnie bardzo męczący, zaczęłam odczuwać kilometry, wszystko jakoś tak mi się nie kleiło. Dobrze, że miałam wsparcie kolegi Igora, który na pierwszym postoju bardzo mnie zmobilizował i później na tych zakrętach, na których wymiękłam jadąc w stronę Alp, tym razem zamknęłam oponę :)
Był to bardzo ciepły dzień, mijaliśmy kolejne miasta, zbliżając się do Słowacji. Zrzucaliśmy z siebie wszystkie ubrania, by się nie roztopić w piekącym słońcu. Na Słowacji dwóm kolegom za bardzo słońce chyba przygrzało... i trochę dali czadu. Nagle za motocyklami „Batmana” i „Kaskadera” pojawiło się tajemnicze Audi. W pierwszej chwili chłopcy nie odpuszczali, bo myśleli, że ktoś chce się z nimi ścigać, ale później zapaliły się magiczne czerwono - niebieskie światełka i nie było zmiłuj.
Do Ziliny dotarliśmy szczęśliwie, tylko kolega Zbyszek popełnił ten sam błąd, co ja wcześniej - na podjeździe chciał zwinnie jak sarenka zakręcić, ale niestety prawa fizyki są nieubłagane i stracił podnóżek kierowcy.
Wieczorem wspominaliśmy trasę oraz przygody, jakie nam zgotowały Alpy, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec naszej podróży...
Czas wracać do domu... Wstaliśmy skoro świt, słońce dopiero wstawało, nad polami unosiła się mgła... W tak tajemniczej atmosferze żegnaliśmy się z Alpami, wiedząc, że jeszcze tutaj wrócimy.
Powrót autostradą był dla mnie bardzo męczący, zaczęłam odczuwać kilometry, wszystko jakoś tak mi się nie kleiło. Dobrze, że miałam wsparcie kolegi Igora, który na pierwszym postoju bardzo mnie zmobilizował i później na tych zakrętach, na których wymiękłam jadąc w stronę Alp, tym razem zamknęłam oponę :)
Był to bardzo ciepły dzień, mijaliśmy kolejne miasta, zbliżając się do Słowacji. Zrzucaliśmy z siebie wszystkie ubrania, by się nie roztopić w piekącym słońcu. Na Słowacji dwóm kolegom za bardzo słońce chyba przygrzało... i trochę dali czadu. Nagle za motocyklami „Batmana” i „Kaskadera” pojawiło się tajemnicze Audi. W pierwszej chwili chłopcy nie odpuszczali, bo myśleli, że ktoś chce się z nimi ścigać, ale później zapaliły się magiczne czerwono - niebieskie światełka i nie było zmiłuj.
Do Ziliny dotarliśmy szczęśliwie, tylko kolega Zbyszek popełnił ten sam błąd, co ja wcześniej - na podjeździe chciał zwinnie jak sarenka zakręcić, ale niestety prawa fizyki są nieubłagane i stracił podnóżek kierowcy.
Wieczorem wspominaliśmy trasę oraz przygody, jakie nam zgotowały Alpy, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec naszej podróży...
Dzień siódmy
Jeden z kolegów z klubu bardzo się o nas martwił, gdyż nie odbieraliśmy telefonów. Niestety przez przypadek pochwalił się, gdzie jest (był w Wiśle), więc szybko naszykowaliśmy plan najazdu na to jakże piękne miejsce.
Przekroczyliśmy granicę i po stronie polskiej czekało nas kilka agrafek, lecz po alpejskich równych jak stół zakrętach pozostały już tylko wspomnienia... Tuż przed Wisłą daliśmy znać Pawłowi - „szykuj parking, za 10 min jesteśmy!”. I kolega stanął na wysokości zadania, choć z początku chyba myślał, że żartujemy. Jako pierwszy wysłuchał naszych wspomnień i po godzinie naszych gorący relacji i opowiadań, krzyknął „dobra, dobra, przestańcie!!! Uwierzcie, żałuję, że nie pojechałem z wami!!!”.
Jeden z kolegów z klubu bardzo się o nas martwił, gdyż nie odbieraliśmy telefonów. Niestety przez przypadek pochwalił się, gdzie jest (był w Wiśle), więc szybko naszykowaliśmy plan najazdu na to jakże piękne miejsce.
Przekroczyliśmy granicę i po stronie polskiej czekało nas kilka agrafek, lecz po alpejskich równych jak stół zakrętach pozostały już tylko wspomnienia... Tuż przed Wisłą daliśmy znać Pawłowi - „szykuj parking, za 10 min jesteśmy!”. I kolega stanął na wysokości zadania, choć z początku chyba myślał, że żartujemy. Jako pierwszy wysłuchał naszych wspomnień i po godzinie naszych gorący relacji i opowiadań, krzyknął „dobra, dobra, przestańcie!!! Uwierzcie, żałuję, że nie pojechałem z wami!!!”.
Tego dnia wszyscy wróciliśmy cało i szczęśliwie do domów. Deszcz nas nie zmoczył ani nie porwała nas trąba powietrzna szalejąca tego dnia w okolicach Częstochowy. Na licznikach motocykli przybyło 3 300 km i już nie mogliśmy się doczekać kolejnego wyjazdu, gdyż - dzień bez motocykla to dzień stracony.
P.S. Kilka wskazówek dla przyszłych alpejek ;)
* Jeśli wybierasz się w Alpy, sprawdź, czy w Twoim otoczeniu motocyklowym ktoś zaufany nie wybiera się również w te strony. W grupie jazda zawsze jest bezpieczniejsza, a motocykliści są bardziej widoczni. Nie wspominając o tym, że co dwie głowy, to nie jedna :)
* Gdy pokonujesz większy dystans - rób sporo przerw, uzupełniaj płyny oraz witaminy w organizmie. Warto także pomyśleć o dobrym doborze ubrań (aby się nie „zagotować” albo nie przemarznąć).
* Postaraj się zaplanować trasę dużo wcześniej. Może warto połączyć taką wyprawę z Włochami i np. Wenecją?
* Dziennie, by móc coś pozwiedzać i nasycić się przyrodą, a nie tylko asfaltem, warto ustalić limit kilometrów na max. 350.
* W Austrii jest wiele gesthausów oraz campingów przyjaznych motocyklistom - warto poszperać w sieci, by znaleźć miłe i sympatyczne miejsce w rejonie, do którego się wybieramy. Ja ze swoją grupą zdecydowaliśmy się na wybór jednego ośrodka, dzięki czemu udało nam się wynegocjować dobrą cenę. Był on położony w centralnym miejscu interesujących nas tras.
* Jeśli wybierasz się w Alpy, sprawdź, czy w Twoim otoczeniu motocyklowym ktoś zaufany nie wybiera się również w te strony. W grupie jazda zawsze jest bezpieczniejsza, a motocykliści są bardziej widoczni. Nie wspominając o tym, że co dwie głowy, to nie jedna :)
* Gdy pokonujesz większy dystans - rób sporo przerw, uzupełniaj płyny oraz witaminy w organizmie. Warto także pomyśleć o dobrym doborze ubrań (aby się nie „zagotować” albo nie przemarznąć).
* Postaraj się zaplanować trasę dużo wcześniej. Może warto połączyć taką wyprawę z Włochami i np. Wenecją?
* Dziennie, by móc coś pozwiedzać i nasycić się przyrodą, a nie tylko asfaltem, warto ustalić limit kilometrów na max. 350.
* W Austrii jest wiele gesthausów oraz campingów przyjaznych motocyklistom - warto poszperać w sieci, by znaleźć miłe i sympatyczne miejsce w rejonie, do którego się wybieramy. Ja ze swoją grupą zdecydowaliśmy się na wybór jednego ośrodka, dzięki czemu udało nam się wynegocjować dobrą cenę. Był on położony w centralnym miejscu interesujących nas tras.
Polub na facebooku Baba po Garach: www.facebook.com/BabaPoGarach
