Fot.State Farm/http://www.flickr.com/photos/statefarm/7341251092/CC-BY/http://creativecommons.org/licenses/by/2.0/

Kłopoty z popularnością poezji nie wynikają z braku wrażliwości, ale ze sposobów, w jakie "przerabiana" jest w szkołach.

REKLAMA
Moja nauka w liceum skończyła się zaledwie kilka miesięcy temu, więc doskonale pamiętam jak wyglądało omawianie poezji na lekcjach. Przeczytane szybko wiersze Mickiewicza, Słowackiego lub któregoś ze Skamandrytów. Kilka naciąganych objaśnień do poszczególnych wersów, z którymi żaden uczeń z reguły się nie zgadzał, ale bał się o tym powiedzieć (albo nie chciał przedłużać lekcji) i już, czym prędzej do „normalnych” lektur. Zdecydowanie nie można było liczyć na poznanie w szkole poety, który nie należał do kanonu wałkowanych od lat twórców, nie mówiąc już o kimś wydającym swoje tomiki teraz.
Sorry, kto to czyta?
Obecnie już nawet większość polonistów nie interesuje się najmłodszym pokoleniem poetów. Podczas zdawania mojej matury ustnej z polskiego, która polegała na porównaniu wierszy Jasia Kapeli i Jacka Dehnela, już na wstępie usłyszałam od nauczycielek z komisji, że „w życiu o tych panach wcześniej nie słyszały” i że „szalona ze mnie dziewczyna”.
Fakt, iż przez założenia programowe nie będzie moim kolegom i koleżankom dane w szkole poznać tego jak kształtuje się najnowsza poezja, nie był dla nich jakimś wielkim problemem. Poza lekturami szkolnymi wielu sięgało po „normalne” książki, ale właściwie nikt nie sięgał po poezję. Mit, że wiersze czytają tylko ci, którzy sami je piszą, w środowisku nastolatków niestety okazał się niezwykle prawdziwy (o czym później postaram się opowiedzieć).
Wraz z jedną z moich znajomych za dobre wyniki w nauce otrzymałyśmy od szkoły „Wiersze wszystkie” Czesława Miłosza, które ważą chyba tonę i mają prawie 1400 stron. Zagospodarowałam im z trudem miejsce na osobnej półce poświęconej poezji i przez pewien czas czytałam jeden wiersz dziennie. Natomiast znajoma, jak się okazało, stworzyła ze swojego egzemplarza idealną, stabilną podpórkę pod laptop, który jako osoba bardzo wysoka, miała na biurku trochę za nisko. Zapytana czemu tej książki nie użyje „we właściwy sposób” powiedziała, że nie lubi wierszy bo są nudne i nie dla niej, a swoją odpowiedź skończyła pytaniem: „sorry, kto to czyta?”
„Czytałam Twoje wiersze i przypominają mi Różyckiego”
Zaczęłam się zastanawiać. Ja to czytałam. Wtedy dużo, a jak byłam jeszcze młodsza, to codziennie, do późna w nocy. Ale stanowiłam jednocześnie potwierdzenie tego mitu o piszących-czytających, bo będąc w gimnazjum pisałam wiersze. Myślę, że jak na piętnastolatkę całkiem niezłe. Starałam się nie chować ich do szuflady, a wręcz wrzucać je do Nieszuflady i czekać na raczej krytyczną opinię „kolegów po piórze”. Później zaczęłam wysyłać wiersze na konkursy i tam wreszcie odkryłam coś wspaniałego: wszystkie nastolatki zgromadzone razem ze mną na ogłoszeniu wyników kochały poezję, upajały się nią, tak jak ja czytały dzień i noc, z chęcią dyskutowały o ulubionych poetach. Nawiązanie rozmowy z takimi ludźmi było praktycznie niemożliwe na szkolnym korytarzu. A tutaj omawialiśmy wspólnie swoje wiersze, przyrównywaliśmy je dość sprawnie do innych autorów, którymi siłą rzeczy, z racji młodego wieku się inspirowaliśmy.
Pierwszym i wciąż najlepszym według mnie konkursem była organizowana w moim mieście „Lipa” w której wyróżniano kilkudziesięciu poetów i prozaików, a później zgarniano ich wszystkich z całej Polski na ogłoszenie wyników, które było jednym, wielkim festiwalem młodzieżowej poezji. Nawet kiedy w pewnym momencie przestałam pisać, starałam się stworzyć chociaż jeden wiersz specjalnie na ten konkurs, żeby znowu, piąty raz być laureatem i spotkać się z tymi wszystkimi uwielbianymi przeze mnie uczestnikami i jurorami. Jeden z nich, Tomasz Jastrun, we wstępie do któregoś z „lipowych” wydawnictw napisał: „Rolą naszego konkursu jest to, aby przynajmniej część laureatów ocaliła swoje wrażliwe dziecko na zawsze. Dorośli zwykle gubią dzieciństwo i już nie czują poezji, chociaż jako młodzi czytali i pisali wiersze. Wrażliwość im jednak po latach stwardniała jak kora drzewa”.
Problemy, z którymi zmaga się poezja, które zostały już dziś opisane nie są spowodowane jedynie przez zanik wrażliwości, o którym wspomniał Jastrun. Według mnie wynikają głównie z tego, że nikt nie dba o dobre wychowanie odbiorców. Poezja wbrew pozorom nie jest tylko dla wybranych. Jej piękno można z łatwością docenić sięgając po odpowiednie wiersze. Wspomniane przeze mnie skupiska młodych entuzjastów poezji to w skali kraju wciąż tylko nieliczne osoby, które najczęściej same przeradzają się później w poetów.
Gdzie więc znaleźć dla nich czytelników? Nie możemy i nigdy nie będziemy mogli nauczyć się wszystkiego w szkole, ale bardzo często to w niej łapiemy zaczątki jakichś myśli, inspiracje, pomysły. I tak powinno być też w przypadku poezji. Gorzej, jeżeli wynosimy z lekcji polskiego tylko zniechęcenie. Gdyby nie fakt, że kiedyś przez przypadek natrafiłam na „Dzikie Dzieci” Siwczyka i przejrzałam je zaintrygowana tytułem, byłabym jedynie kolejnym znudzonym szkolnymi interpretacjami nastolatkiem i też potraktowałabym „Wiersze wszystkie” Miłosza jako stabilną podpórkę.
logo