Dekada mojego dzieciństwa obfitowała w niesamowite hity, które z łatwością podbijały świat za pomocą stacji radiowych i MTV, które jeszcze wtedy grało muzykę zamiast zajmować się nastolatkami w ciąży. Stawały się czymś w rodzaju kamieni milowych dla dalszego rozwoju gatunków, lub nawet zmieniały społeczeństwo tworząc nowe subkultury. „Nothing Else Matters”, „Smells Like Teen Spirit”, „November Rain” z początku dekady, „Californication”, „Gangsta's Paradise” ze środka, czy „Freestyler” i „Song 2”, które wydano pod koniec lat dziewięćdziesiątych – wszystkie te kawałki pojawiły się w milionach list, są słuchane do dzisiaj i nie ma potrzeby zestawiać ich po raz kolejny. Więc czas na równie dobre, a nieco zapomniane utwory.

REKLAMA
Tym razem zajmę się tylko tymi, które oscylują wokół rocka i jego okolic. I nie będę się silić jak kiedyś na utwory, których „nikt nie zna”. Po prostu nie będą to międzynarodowe hity.
Moje świadome słuchanie muzyki zaczęło się oczywiście dużo później, bo dopiero 8 lat temu (a mam ich 19). Mimo to absolutnie uwielbiam muzykę początku lat dziewięćdziesiątych - muzykę, którą trochę „ominęłam”, ale kiedy zaczęłam w niej poszukiwać, to absolutnie pokochałam. Wiem, że wielu ludzi z mojego pokolenia zostało nakarmionych głównie Nirvaną (każdy chyba przeżywał tę fascynację w gimnazjum) i Red Hot Chilli Peppers. A kto pamięta np. Pavement?
„Gold Soundz” jest według mnie najlepszą piosenką lat dziewięćdziesiątych. Jest tak zblazowana i ironiczna, że dawni hipsterzy z Placu Zbawiciela (dawni, bo wiadomo, że prawdziwych już nie ma) nie byli tacy nawet w jednej trzeciej. Wyjęczany od niechcenia dowcipny tekst + świetna melodia i powstaje cudowny muzyczny rozweselacz/pocieszyciel z maksymalnie pokręconym teledyskiem.
Z Sonic Youth już łatwiej, prawda? Ale na pewno dla naszego pokolenia nie tak łatwo jak z wypowiedzeniem się na temat chociażby Guns'n'Roses czy 2Paca. Może i lepiej? Bo chyba dla każdego dzieciaka wychowanego na „Kevinie samym w domu” ten teledysk może być poważną traumą
Rockowe lata 90 były z jednej strony dekadą piosenek powolnych, mrocznych i „ciężkich”, ale jednocześnie nagrano rónwnież sporo ich przeciwieństw, czyli utworów szybkich, prostych i energicznych. W tym przypadku Harvey Danger zdecydowanie trzymali fason.
Za to Slowdive byli kompletnie inni. Zawsze piękni i oniryczni. Słuchanie ich przypomina jakieś  wspaniałe roztapianie się wewnątrz.
Powyższe kawałki nie stały się symbolem swojej epoki, ani nie są dziś rozpoznawalne nawet przez rozgarniętych dwunastolatków tak jak te, o których wspomniałam we wstępie. Nie przywodzą raczej tych miłych skojarzeń z minioną dekadą, która oczywiście z sentymentu była dla nas lepsza od obecnej. Ale są równie dobre i nie „rozegrane” na wszystkie strony, przez to zyskują świeżość, której niestety nie ma już „Smells Like Teen Spirit”.