23 września (czyli dziś rano) wstałam, zeszłam na dół i włączyłam telewizor, w którym najpierw ukazał mi się zaśnieżony, owinięty kolorowymi światełkami dom, a potem jego wnętrze z choinką i krzątającą się rodziną. Od razu przełączyłam. Świąteczny klimat już pod koniec września? To trochę za wcześnie.

REKLAMA
„Normalną” granicą, po której supermarkety i telewizje serwowały nam świąteczne wzruszenia było kilka dni po 1 listopada, kiedy z półek szybko znikały znicze, żeby zrobić miejsce stroikom i bombkom. Biorąc pod uwagę, że dla wielu osób święta są czymś w rodzaju konkursu dekoratorskiego, jest to zrozumiałe – warto przemyśleć wszystkie kompozycje i aranżacje odpowiednio wcześnie. Jednakże wyzbywając się teraz wszelkiej ironii, ja sama przyznaję się do tego, że w odpowiednich okolicznościach cieszą mnie świąteczne wystawy sklepowe, książki z przepisami na pierniki i bombki ładniejsze z sezonu na sezon. Ale cieszą mnie one w połowie grudnia. Na pewno nie na początku listopada, a tym bardziej nie pierwszego października, który zgodnie z radiową wypowiedzią specjalisty od marketingu, ma się stać nową datą rozpoczęcia „Sezonu na Święta”, ponieważ według sprzedawców jest on jeszcze zbyt krótki. W takim razie kiedy dokładnie pojawi się w supermarketach terroryzujący wszystkich od lat George Michael z utworem "Last Christmas"? Obstawiamy?
Są też jednak ludzie, dla których szczęśliwie tę wyżej wspomnianą granicę stanowi początek Adwentu i najczęściej nie myślą oni wtedy tylko o tym, jak w tym roku przystroić dom. Ale to rzadkość. Sama bardzo żałuję, że nie należę do ludzi umiejących prawdziwie przeżywać święta. Coś nie wyszło w trakcie.
Dla niektórych myślenie o Bożym Narodzeniu nie wiąże się z żadną datą, a z momentem, kiedy w telewizji zaczyna być nadawana świąteczna reklama Coca Coli, która z reguły wyprzedza pojawienie się śniegu. Od niedawna ten napój jest promowany jako tradycyjny dodatek do obiadu. Może też do tego wigilijnego, zamiast kompotu z suszu, który robią nasze babcie?
Nie ma się co oszukiwać. Żyjemy w czasach, kiedy w większości domów od kilkunastu lat, jedyną świąteczną "rzeczą stałą", jest to, że w telewizji pojawi się "Kevin sam w domu", którego oczywiście już nikt nie ma ochoty oglądać, ale bez niego puszczonego w tle byłoby jakoś tak głupio. Świąteczny klimat z roku na rok jest coraz mocniej zabijany, kiedy staje się pretekstem do wciśnięcia komuś pożyczki, opisanej na ulotce z reniferem, albo właśnie puszczaniem amerykańskich (o zgrozo) filmów o bałwankach już we wrześniu. Ten rok jest zdecydowanie tym, w którym święta dopadły mnie najszybciej.
Jednak warto wspomnieć, iż niektórym fakt, że święta zaczynają się we wrześniu, zupełnie nie przeszkadza. Uwielbiają o nich myśleć o każdej porze roku i nigdy nie jest zbyt wcześnie. Do takich osób należy moja mama, która kiedy przełączyłam wspomniany na samym początku tekstu film o świętach poprosiła, żebym go zostawiła, bo chce obejrzeć.