Nie tak dawno temu, w dość bliskiej galaktyce zaczęły się Węże. Nagrody, czy raczej Antynagrody filmowe przyznawane dorocznie najgorszym z najgorszych.

REKLAMA
Wymyśliliśmy je na początku zeszłego roku lekko zadziwieni zamieszaniem wokół filmu „Big Love”, a potem jeszcze większą awanturą z okazji „Kac Wawy”. Pomyśleliśmy sobie, że skoro filmowi twórcy w Polsce posuwają się już do tego, by podnosić głos na krytykujących ich publicystów, to coś jest nie tak. I włączyliśmy się do zabawy.
Szybkie nakreślenie tła – polska kinematografia ewoluuje. Dekadę temu było ogólnie tak sobie. Panowie filmowcy kręcili filmy sobie. Widownia chodziła na coś innego. Czasem zdarzał się film dobry, czasem zdarzał się film popularny, ale jakoś nie dawało się tego skoordynować. No i zmieniło się. Okazało się, że można nakręcić film dobry, niegłupi i na tyle atrakcyjny, by ludzie na niego poszli („Sala samobójców”, „W ciemności”, „Róża”, ostatnio „Jesteś Bogiem”, „Drogówka”). Z drugiej strony pojawiło się też sporo filmów z założenia popularnych na które jednak nikt już chodzić nie chciał. I ich twórcy mieli/mają o to coraz większy żal. Do świata, do widzów, do krytyków. Bo jak na wielką superprodukcję („1920. Bitwa Warszawska”) idzie w pierwszy weekend mniej widzów niż na kameralny film na dwóch aktorów i samochód („Baby są jakieś inne”) to coś jest nie tak. Jak na prześmieszną komedię pełną żartów o seksie i Borysa Szyca („Kac Wawa”) nie idzie prawie nikt to coś bardzo jest nie tak.
I właśnie w takiej Polsce, w takim momencie dziejowym narodziły się Węże. Przyznaję – myślałem, że będzie to mała prosta zabawa z kilkoma kolegami, którą rozegramy gdzieś w internecie, że jak dołączy dziesięć osób to będzie sukces. Tymczasem wszystko potoczyło się jak kula śniegowa z górki, nabierając masy i rozpędu. W kilka tygodni było nas grubo ponad pięćdziesiąt osób (a wszystkie zajmujące się publicznie pisaniem i mówieniem o kinie), wszystkie media pisały o naszej nagrodzie i trzeba było włożyć marynarkę do oficjalnego ogłoszenia werdyktu.
Ogłosiliśmy go pierwszego kwietnia zeszłego roku i głównymi laureatami zostali „Wyjazd integracyjny” (Wielki Wąż) i „1920. Bitwa Warszawska” (zwycięstwo w pięciu innych kategoriach). A my od razu zaczęliśmy pracę nad następną edycją. Bo przecież to teraz w „Wężach 2013” biorą udział filmy od których wszystko się zaczęło „Big Love” i „Kac Wawa”, a w międzyczasie doszła jeszcze wyśmienita (z naszej wężowej perspektywy) „Bitwa pod Wiedniem”. Odpaliliśmy naszą stronę na Facebooku (bardzo zapraszam), a od stycznia też kanał na Youtube, gdzie co tydzień zapowiadamy co nowego polskiego pojawia się w kinach i na DVD (oczywiście skupiając na tych złych tytułach), wspominamy stare niedobre polskie filmy i rozmawiamy z zaproszonymi gośćmi. O, tak wygląda najnowsze wydanie naszego Ilustrowanego Magazynu Wężowego:

A poza tym przyjmujemy nowych członków do Akademii (jeśli zajmujecie się w jakiś aktywny sposób kulturą – zapraszamy) i rozpoczęliśmy procedurę drugiej edycji nagród – w tej chwili trwa zgłaszanie propozycji do nominacji. Te będą ogłoszone na początku marca. Praca wre.
Kolejnym logicznym krokiem wydaje się taki blog jak ten. Będziemy tu pisać o naszych nagrodach, o polskich filmach (starych i nowych), których smakosze złego kina nie powinni przegapić, o naszych nowych audycjach i innych pomysłach. Zapraszam.
Moment do inauguracji trafił nam się też wyśmienity. Oto na ekrany wchodzi właśnie pierwszy naprawdę zły polski film AD 2013. Trochę mówimy o tym powyżej w Magazynie, ale koniecznie zobaczcie sami. „Tajemnica Westerplatte” jest murowanym kandydatem do Węży 2014. Tymczasem w mediach dyskusja o tym filmie pięknie zaczyna skręcać na tory czy to jest film słuszny czy niesłuszny. Nas to nie rusza. Dla nas film ma być dobry. I szantażowanie tematem – wszystko jedno czy to „1920. Bitwa Warszawska”, „Nad życie”, „Tajemnica Westerplatte” czy „Wałęsa” w Wężowym rozrachunku nie ma znaczenia. Jeśli film będzie słaby – nagrodzimy.