Ależ to syczy. Niezły mamy urodzaj. Tydzień za tygodniem do kin wchodzą nam filmy, które z pewnością będą się liczyć w następnej edycji naszych nagród. Najpierw „Tajemnica Westerplatte” a teraz „Last Minute”.
REKLAMA
Kiedy przygotowujemy nasz cotygodniowy „Ilustrowany Magazyn Wężowy” bywa, że jeszcze nie znamy nowości kinowych na dany tydzień. Wtedy uczciwie mówimy, że nie mamy pojęcia czy to złe, czy dobre i polecamy samodzielne przekonanie się tzw. „rozpoznaniem bojem”. Tak było chociażby przy „Sępie”, ale potem co i rusz pytano nas w komentarzach co sądzimy o tym filmie. W samym magazynie nie chcemy już wracać do tytułów z poprzednich tygodni, więc nie było za bardzo gdzie powiedzieć jak oceniamy ten film - jest taki sobie, ma trochę potencjału na wężowe nominacje i kilka ewidentnych bzdrur w fabule i strukturze, ale nie jest taki najgorszy.
Podobna sytuacja była w tym tygodniu. Gdy nagrywaliśmy bieżące wydanie programu nie tylko nie było Ani (która wracała właśnie z festiwalu w Berlinie), ale też nie widziałem jeszcze „Last Minute”. I to też powiedziałem:
Podobna sytuacja była w tym tygodniu. Gdy nagrywaliśmy bieżące wydanie programu nie tylko nie było Ani (która wracała właśnie z festiwalu w Berlinie), ale też nie widziałem jeszcze „Last Minute”. I to też powiedziałem:
Ale teraz jestem już po seansie i wiem co o tym sądzę. I mamy blog w którym chętnie to opiszę.
Oto najnowszy film Patryka Vegi, twórcy rewelacyjnego filmu i serialu „Pitbull”, a potem już coraz słabszych seriali („Twarzą w twarz”, „Instynkt”) i filmów, które ciężko nazwać dobrymi („Ciacho”, „Hans Kloss”). Przy każdym kolejnym jego projekcie człowiek ma nadzieję, że znowu będzie pięknie i znowu się zawodzi. I niestety tak jest i tym razem.
Bo zamiast świeżej i nowoczesnej komedii dostajemy mdłą kinową wersję popularnego programu „Pamiętniki z wakacji” - brakuje tylko przeplatania akcji wypowiedziami bohaterów, którzy mówią wprost do kamery o tym samym, co chwilę wcześniej widzieliśmy. To właśnie z tego programu pochodzi kultowy „mięsny jeż” czy równie kultowa, co niesmaczna „kupa w bidecie”, ale podczas „Last Minute” nie możemy liczyć nawet na takie atrakcje. To mdły film jest. Ot, opowiastka o rodzinie, która nie może wydostać się z Egiptu (zbankrutował sponsor wygranej przez nich wycieczki) i kombinuje. Żarty są letnie i niespecjalnie śmieszne, reżyseria rzekłbym elegancko nienachalna, a puszczane co kilka minut pocztówkowe widoczki Egiptu wręcz żenujące. „Last Minute” to film wzorcowo nijaki. Vega tym razem nie chce szokować, ani nikogo urazić (pamiętacie pierścionek z tyłka w „Ciachu”?), tu nawet kiedy pojawiają się halucynogenne grzybki, to bohaterowie mają po nich odlot tak grzeczny, że spokojnie można by zaadaptować na odcinek „Teletubisiów”. Przez półtorej godziny seansu czułem się właśnie jak na wczasach z przeceny – nikt tu się specjalnie nie stara, nic nie jest pierwszego sortu i nikt nawet nie udaje, że powinno być inaczej.
Potencjał wężowy tego widowiska jest niewątpliwy i szeroki. Przede wszystkim nasza ukochana kategoria „Komedia, która nie śmieszy”, a poza tym zarówno sama Anna Szarek jak i jako para z Mencwaldowskim, scenariusz, reżyseria – naprawdę wszędzie spore szanse na nominacje. Ja od razu zakochałem się w manierze rozpikselowywania różnego rodzaju logo, do których (jak rozumiem) produkcja nie nabyła praw. Ot, przejeżdża autokar z napisem na burcie, a my mamy wrażenie, że autobus jest jakimś oskarżonym w procesie karnym i sąd nie zezwolił na upowszechnianie wizerunku. To by podchodziło u nas zarówno pod „najgorszy efekt specjalny” jak i „najbardziej żenująca scena”.
Można by tak długo, ale po prostu szkoda czasu. Ten film jest po prostu słaby. Nawet nie tyle zły, co słaby. Gdyby był porządnie niedobry miałby szanse stać się z czasem kultowym złym filmem. Tak jak nasz patron „Klątwa doliny węży”, jak filmy o których opowiadamy na naszym kanale Youtube w cyklu „Z mroków polskiej kinematografii”: „Serce gór”, „RH+”, „Operacja Koza”. Może nawet z czasem „Ciacho” Vegi nabierze takiej patyny. A „Last Minute” jest mdłe. Ot, jak odgazowana pepsi, jaką serwują w Egipcie przy plaży w ramach „All Inclusive”.
PS. Za pomysł tytułu tej notki dziękuje Dorocie Chrobak z Wężowej Akademii.
Oto najnowszy film Patryka Vegi, twórcy rewelacyjnego filmu i serialu „Pitbull”, a potem już coraz słabszych seriali („Twarzą w twarz”, „Instynkt”) i filmów, które ciężko nazwać dobrymi („Ciacho”, „Hans Kloss”). Przy każdym kolejnym jego projekcie człowiek ma nadzieję, że znowu będzie pięknie i znowu się zawodzi. I niestety tak jest i tym razem.
Bo zamiast świeżej i nowoczesnej komedii dostajemy mdłą kinową wersję popularnego programu „Pamiętniki z wakacji” - brakuje tylko przeplatania akcji wypowiedziami bohaterów, którzy mówią wprost do kamery o tym samym, co chwilę wcześniej widzieliśmy. To właśnie z tego programu pochodzi kultowy „mięsny jeż” czy równie kultowa, co niesmaczna „kupa w bidecie”, ale podczas „Last Minute” nie możemy liczyć nawet na takie atrakcje. To mdły film jest. Ot, opowiastka o rodzinie, która nie może wydostać się z Egiptu (zbankrutował sponsor wygranej przez nich wycieczki) i kombinuje. Żarty są letnie i niespecjalnie śmieszne, reżyseria rzekłbym elegancko nienachalna, a puszczane co kilka minut pocztówkowe widoczki Egiptu wręcz żenujące. „Last Minute” to film wzorcowo nijaki. Vega tym razem nie chce szokować, ani nikogo urazić (pamiętacie pierścionek z tyłka w „Ciachu”?), tu nawet kiedy pojawiają się halucynogenne grzybki, to bohaterowie mają po nich odlot tak grzeczny, że spokojnie można by zaadaptować na odcinek „Teletubisiów”. Przez półtorej godziny seansu czułem się właśnie jak na wczasach z przeceny – nikt tu się specjalnie nie stara, nic nie jest pierwszego sortu i nikt nawet nie udaje, że powinno być inaczej.
Potencjał wężowy tego widowiska jest niewątpliwy i szeroki. Przede wszystkim nasza ukochana kategoria „Komedia, która nie śmieszy”, a poza tym zarówno sama Anna Szarek jak i jako para z Mencwaldowskim, scenariusz, reżyseria – naprawdę wszędzie spore szanse na nominacje. Ja od razu zakochałem się w manierze rozpikselowywania różnego rodzaju logo, do których (jak rozumiem) produkcja nie nabyła praw. Ot, przejeżdża autokar z napisem na burcie, a my mamy wrażenie, że autobus jest jakimś oskarżonym w procesie karnym i sąd nie zezwolił na upowszechnianie wizerunku. To by podchodziło u nas zarówno pod „najgorszy efekt specjalny” jak i „najbardziej żenująca scena”.
Można by tak długo, ale po prostu szkoda czasu. Ten film jest po prostu słaby. Nawet nie tyle zły, co słaby. Gdyby był porządnie niedobry miałby szanse stać się z czasem kultowym złym filmem. Tak jak nasz patron „Klątwa doliny węży”, jak filmy o których opowiadamy na naszym kanale Youtube w cyklu „Z mroków polskiej kinematografii”: „Serce gór”, „RH+”, „Operacja Koza”. Może nawet z czasem „Ciacho” Vegi nabierze takiej patyny. A „Last Minute” jest mdłe. Ot, jak odgazowana pepsi, jaką serwują w Egipcie przy plaży w ramach „All Inclusive”.
PS. Za pomysł tytułu tej notki dziękuje Dorocie Chrobak z Wężowej Akademii.
