Po okresie bezczynności i bezsilności, kijowskie władze postanowiły zlikwidować prorosyjskich separatystów na Wschodzie Ukrainy. Operacja antyterrorystyczna, rewolucja, wojna domowa, zarzewie konfliktu globalnego – politycy i eksperci prześcigają się w tłumaczeniu wydarzeń na wschodzie Ukrainy.

REKLAMA
Słuchając polskich mediów trudno oprzeć się wrażeniu, że wkrótce pochłonie nas ogień ukraińskiej pożogi. Premier Tusk mówi o wojnie, wojną nie na żarty straszy minister Sikorski, niektóre czołowe kanały telewizyjne zmieniły ramówkę, poświęcając ją w całości wydarzeniom w obwodach donieckim i ługańskim. Co wypowiedź, co informacja – to coraz więcej dowodów na chytrą grę Kremla, zakłamanie Putina i pełzającą interwencję rosyjską. Obserwatorzy OBWE uwolnieni? To przebiegła gra rosyjskich specłużb i Władimira Łukina. Przywódca separatystów w Słowiańsku walczył w rosyjskiej armii? Znaczy – agent GRU. Na Krym przerzucane są wojska i nowoczesna broń? Szykuje się otwarcie kolejnego frontu.
Zanikają gdzieś informacje o przygotowywaniu na Krymie wielkiej, propagandowej (a jakże!) defilady wojskowej z okazji Dnia Zwycięstwa 9-ego maja z udziałem samego Wielkiego Wodza, Putina A to właśnie sprzęt i wojska na tę defiladę lądują na Półwyspie.
Niesłyszane są głosy komentatorów tłumaczących, że co najmniej 1/3 zdolnej do służby, rosyjskiej społeczności Wschodniej Ukrainy przechodziła wojskowy staż w Rosji i posiada podwójne obywatelstwo.
Nikt nie ma wątpliwości, że rosyjscy agenci i eksperci wojskowi działają w szeregach separatystów. Podobnie jednak jak agenci m.in. CIA po stronie przeciwnej – do czego oficjalnie przyznały się władze. To właśnie gra służb doprowadziła do skandalicznego zatrzymania a następnie uwolnienia obserwatorów OBWE. Stali się oni narzędziem, mającym z jednej strony przedstawić determinację ale i zdrowy rozsądek separatystów, z drugiej – zademonstrować skuteczność kijowskich wywiadowców i ich zdecydowanie. I to właśnie propagandowa wojna wciąż jest głośniejsza niż huk wystrzałów – bo to ona prowadzi do wybuchu wzajemnej nienawiści i ofiar. Nie przez przypadek najcięższe walki trwają wokół centrów telewizyjnych: „bo kto ma dostęp do telewizji, ten ma władzę“.
Rosjanie na wschodnie rubieże Ukrainy nie muszą wkraczać a na pewno nie marszowym krokiem – oni już tam są, od lat mając problem z identyfikacją oraz wyborem obywatelstwa. Teraz wszystko stało się dla nich czarno białe (czy raczej: żółto niebieskie): w Kijowie zasiedli faszyści a oni bronią swoich ziem tak, jak dziadkowie bronili ich swego czasu przed wojskami hitlerowskimi. Dla władz w Kijowie także wszystko jest spolaryzowane: Rosja chce podbić niepodległą Ukrainę a jedynym ratunkiem dla „niezależnej“ jest Zachód. Zachód, który jednak nie bardzo się kwapi...
Najbardziej zadowolony może być w tej sytuacji Putin: gdzie dwóch się bije itd... - bo on, we własnym pojęciu, się przecież nie bije. Więc przyjmuje zachodnich (niemieckich) mediatorów, proponuje terminy okrągłych stołów w sprawie konfliktu ukraińskiego i ze wszystkiego zamierza zapewne wyjść „cały biały“. Podobny scenariusz wspaniałomyślnego ugaszenia zaprószonego przez Kreml pożaru był do przewidzenia – a staje się on coraz bardziej prawdopodobny, szczególnie kilka dni przed rocznicą Wielkiego Zwycięstwa. Oprócz Putina wygrałyby na tym także Niemcy i Szwajcaria – chociaż akurat te kraje z polityką sankcji przeciwko Rosji mają najmniej wspólnego i prowadzą swoje ciche interesy z Moskwą w ogniu ukraińskich walk. Z kolei Kijów i Zachód pozostałyby z gorącym kartoflem w ręku: ukraińskie władze musiałyby poważnie rozważyć możliwość chociażby federalizacji Republiki - inaczej w każdej chwili mogłoby dojść do prowokacji zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Nieoczekiwany pokój zmusiłby też Europę i USA do zweryfikowania na dłuższą metę strategicznych planów obronnych i gospodarczych. Ale najmniej powodów do zadowolenia mieliby polscy politycy na progu eurowyborów: brak zewnętrznego zagrożenia zmusiłby ich na półmetku walki o posady w Brukseli do skoncentrowania się na problemach wewnętrznych Polski. A to dla wielu może okazać się granatem znacznie bardziej niebezpiecznym, niż ten ze wschodu Ukrainy.