Wojna o stołki dla premiera Tuska i min. Sikorskiego. Chcemy w Europie odgrywać główne role. Nie udało się Ukrainą, może uda się w Unii Europejskiej. Bitwa o intratne posady szefa Rady Europejskiej i szefa unijnej dyplomacji zdominowała polityczną dyskusję w Polsce, spychając walki na froncie ukraińskim na drugi plan. Radosław Sikorski na fotel ministra spraw zagranicznych Unii ma raczej marne szanse, uwaga skupiła się więc premierze Tusku. „Na drodze stoi mu już tylko premier Danii, atrakcyjna Helle Thorning-Schmidt! Jeszcze ostatnia prosta i w sobotę wszystko będzie jasne!“ – z werwą i nadzieją, jakby relacjonowali wyścig Tour de Pologne z udziałem Rafała Majki, donoszą komentatorzy telewizyjni. „Jeżeli nie Tusk to na pewno Sikorski – i na odwrót“ – pocieszają inni. Najważniejsze: zaistnieć. Fiasko ukraińskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego, afera taśmowa, ziemiańskie ambicje szefa polskiego resortu spraw zagranicznych powodują, że w kontekście Brukseli wspomina się go zdecydowanie rzadziej niż premiera Tuska.

REKLAMA
Za chwilę - może już byłego premiera, bowiem Donald Tusk brukselską walizeczkę ma już podobno dawno spakowaną. Premier decyzji jakoby jeszcze nie podjął, ale jeżeli teraz odejdzie, zdejmie z siebie odpowiedzialność za ewentualną porażkę w zbliżających się wielkimi krokami wyborach. Problem tylko w tym, co dalej: gdy ucichnie walka o Brukselę, rozpocznie się wyścig o fotel szefa rządu, a tę w swoim tzw. expose Tusk już rozpoczął. Najwięcej kontrowersji wzbudziła jego deklaracja o nie zwiększaniu wydatków na obronę. Jest to o tyle dziwne, że w niejednej telewizji już usłyszeliśmy jednoznaczny wyrok: to, co tak skrzętnie skrywano – stało się faktem: Rosja wtargnęła na terytorium Ukrainy. Czyżby Donald Tusk wiedział coś więcej...?
Nie ma znaczenia, że wojenna diagnoza o interwencji padała z ust naszych ekspertów już od miesięcy. Wówczas były puste słowa, nie poparte żadnymi konkretnymi dowodami, oparte na ustnych przekazach strony ukraińskiej i dość mętnych doniesieniach tzw. specjalnych wysłanników. Jawna niechęć do Władimira Putina i jego rządów oraz brak elementarnej wiedzy o Rosji skrywane były za emocjonalnymi przekazami z linii frontu. Takie wpadki, jak znikające gdzieś kolumny rosyjskich rzekomo czołgów czy powielane te same zdjęcia z różnych linii frontu, pogłębiały frustrację zarówno prowadzących jak i odbiorców. Temat ukraiński powoli spadał na plan dalszy, by teraz wreszcie znowu znaleźć się na czołówkach. Dlaczego? Bo jednoznaczną opinię w tej sprawie wydało NATO, premier Tusk, rzeczniczka Departamentu Stanu Jennifer Psaki. Jakoś nie do końca złapali nowy trend dowódcy operacji antyterrorystycznej w Kijowie, którzy zapewniali, że mimo prowokacji ze strony rosyjskiej kontrolują sytuację na Wschodzie Republiki i nie dopuszczą do obcej interwencji wojskowej. Zreflektowali się jednak, że coś jest nie tak. Dlatego po osławionej, niesmacznej i haniebnej paradzie jeńców w Doniecku wyciągnęli swoich, rosyjskich i przedstawili ich światu na równie hańbiącej, ale swojej konferencji „pod lufami karabinów“.
Jest więc interwencja, agresja, nie ma już zielonych ludzików, są już zabici i ranni rosyjscy żołnierze, są jakieś zdjęcia satelitarne przekazane dziennikarzom przez anonimowych, natowskich funkcjonariuszy. Skoro wszystko jest już jasne, dlaczego wciąż tyle tajemnic - także w kwestii zestrzelenia malezyjskiego boeinga ? Rosjanie swoją propagandę budują tak, że odbiorcy w lot wierzą w dowody poparte tezami o kłamstwach Kijowa i Zachodu. Dowody często fabrykowane, ale tak, że trudno je podważyć. Sztukę manipulacji rosyjskie fabryki telewizyjnych koszmarów opanowały do perfekcji: dlatego Putin wciąż cieszy się niesłabnącym poparciem ponad 80% obywateli. Nasi „propagandyści“ na razie pokrywają brak profesjonalizmu ekspresją, agresją a nieraz histerią, która ma grać na emocjach. Gdy słyszymy przejęzyczenia w stylu „wojenny front polsko-rosyjski“ trudno oprzeć się wrażeniu, ze to właśnie taką wojnę dziennikarz miał na myśli a nie konflikt ukraińsko-rosyjski.
Stopień stronniczości, obłudy i zakłamania po obu stronach granicy sięga czerwonej kreski. W Rosji od co najmniej lutego, u nas – szczególnie w ostatnich tygodniach. Wart Pac pałaca a pałac Paca.
Otwarta wojna, na pewno propagandowa, stała się faktem a dziennikarze kłamią i już nawet się nie czerwienią. I obraz tej wojny coraz bardziej się zaciera.
Przeciętny „teleoodbiornik“ zaczyna się jednak bać („Słyszał Pan, że NATO każe rezerwistów do wojska powoływać i oni mają się już szykować do wojny...?!“) i dokładnie wie, kogo i dlaczego się bać („Co ten Pana Putin wyrabia ? Co wy sobie myślicie ?“). „My“ sobie nie myślimy już nic: oglądamy z równym przerażeniem ten spektakl wzajemnej nienawiści. Wydawało się, że czasy rysowania kredą krzyżyków na drzwiach myślących inaczej bezpowrotnie minęły. Jak tak dalej pójdzie, cała „zabawa“ dopiero przed nami, więc może niech Donald Tusk rzeczywiście jedzie do Brukseli. Stamtąd dalej do linii frontu a i odpowiedzialność znacznie mniejsza.