200 lat po klęsce Napoleona w Rosji, Władimir Putin z pompą przyjmuje w swojej rezydencji w Soczi jednego z najbardziej znanych, do niedawna francuskich, a obecnie: rosyjskich aktorów, Gerarda Depardieu. Panowie witają się jak starzy, dobrzy znajomi: Władimir Putin nie zdąży dopowiedzieć powitalnej formułki, gdy artystycznie rozchełstany Depardieu zamknie go w swoich potężnych ramionach w tradycyjnym, rosyjskim „misiu”. Ku zgrozie kremlowskich ochroniarzy i chwilowemu zmieszaniu gospodarza.
REKLAMA
Napięcie ochrony rozładowuje sam Putin udając, że podobne powitanie to dla niego normalka. Prezydent i aktor w towarzystwie prezesa publicznej telewizji, Olega Dobrodiejewa, zasiadają do lunchu. Na stole – sądząc po charakterystycznej, srebrnej zastawie – między innymi czarny i czerwony kawior, kieliszki do wina i szampana. Kamery rejestrują jednak tylko początek spotkania, biesiada odbywa się już w prywatnej atmosferze. Telewizja zdąży jednak pokazać, jak Depardieu rozpływa się w podziękowaniach za rosyjski paszport, jak chwali rosyjskich aktorów z którymi grał w „Rasputinie”, jak szerokim gestem zarysowuje głębię zachwycającej go rosyjskiej duszy i ku ygroyie rosyjskich intelektualistów mówi o „wielkiej, rosyjskiej demokracji”. Władimir Putin promienieje, z zadowoleniem przysłuchuje się swojemu już aktorowi, ze zrozumieniem kiwa głową na kolejne słowa tłumacza... lepszego PR-u nikt nie mógł wymyślić. A teraz jeszcze Brigitte Bardot... Czemu nie? Mało tego, że reklama to jeśli tak dalej pójdzie, w ślady podstarzałych gwiazd pójdą świetnie rokujący młodzi... a wówczas i problem demograficzny rozwiązany i to jak!
Kremlowscy pr-owcy nie oparli się jednak pokusie, by podwójnie wykorzystać Depardieu. Spotkanie z Putinem zorganizowali dokładnie w 200 rocznicę (według kalendarza juliańskiego) zwycięstwa wojsk cara Aleksandra I nad armią Napoleona. To właśnie prawosławne Boże Narodzenie do 1917 roku obchodzone było w Rosji jako dzień zwycięstwa w tzw. pierwszej wojnie ojczyźnianej. Władimir Putin przed kamerami nie wspomnial o tym ani słowem, nie omieszkali jednak rosyjscy komentatorzy pokazując najpierw zdjęcia ze spotkania w Soczi a zaraz potem: z obchodów rocznicowych w Borodino. A Depardieu...? Zajęty swoimi problemami z podatkami i obywatelstwem zapomniał widocznie o setkach tysięcy rodaków, poległych na rosyjskiej ziemi 200 lat temu.
Napoleonowi się nie udało, natomiast Depardieu kontynuuje swój tryumfalny pochód przez Rosję, pochód z rosyjskim paszportem. Z Soczi poleciał do Sarańska w Mordowii, gdzie w miejscowym teatrze, przy pomocy tłumacza, przekonywał swoich nowych rodaków jak bardzo czuje się związany z Rosją. Aby te związki pogłębić, pewna babuszka podarowała aktorowi 2 małe kotki, tzw. dachowce. Depardieu powinien wiedzieć, że od ich losu w dużej mierze zależeć będzie stosunek Rosjan do niego samego: tutaj bowiem często prawa zwierząt są ważniejsze niż prawa człowieka. Swego czasu bowiem, gdy człowiek nie posiadał żadnych praw, zawsze dla spokoju sumienia mógł zaopiekować się kotem lub psem. Na razie prawa człowieka, oprócz jego własnych, Depardieu nie bardzo interesują: koty będą więc swoistym papierkiem lakmusowym stosunku aktora do Rosji.
