Ta historia zapewne końca swego w druku by nie ujrzała, gdyby nie niedawna publikacja w rosyjskiej „Komsomolskiej Prawdzie”, odpowiedź Ambasady RP w Moskwie oraz liczne telefony i maile z pytaniami, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Trochę wbrew sobie decyduję się więc na zakończenie opowieści o kolekcji obrazów, która nie stała się własnością Państwa Polskiego. Wbrew sobie, ponieważ nawet tygodnik WPROST, który sprawę rozpoczął, nie zdecydował się na publikację epilogu – wciąż zbyt wiele pytań i zbyt dużo kłamstw, zarówno ze strony rosyjskiej, jak i polskiej.

REKLAMA
Wszystko zaczęło się od publikacji, do zapoznania się z którą zapraszam na http://www.wprost.pl/ar/337545/Drugi-polski-Vinci/. Pół roku później Rosjanie oskarżyli Polskę o próbę wywiezienia z Moskwy kolekcji obrazów wartości ok. 2mld USD ( http://www.kp.ru/daily/26014/2937483/) – w artykule tym „Komsomolska Prawda” (streszczam dla osób nie znających j.rosyjskiego) przytacza słowa Niny Molewej, która zapewnia, że nigdy nie chciała kolekcji obrazów przekazać Polsce, że Polacy ją napastowali, niemal chcieli okraść, że z Polską nie czuje się związana i że najbardziej obraził ją polski dziennikarz Wiktor Bater, którego chętnie „walnęłaby w mordę” za napisanie o niej per „czarna wrona”. Pani Mole (przed wywiadem prosiła, by ją tak właśnie, „po polsku” tytułować) zapomniała widocznie, że cały wywiad został nagrany po polsku (!) i że jej mijanie się z prawdą (aby nie powiedzieć kłamstwa) są łatwe do sprawdzenia. Problem polega na tym, że ja napisałem o Starszej Pani per „czarny ptak”, a ktoś przetłumaczył jej to w języku rosyjskim na „czarna wrona”. Nieporozumienie...?
Ambasada RP w Moskwie w odpowiedzi na kłamliwy tekst w „KP” (http://www.kp.ru/daily/26016.4/2938461/) stwierdziła, że nie prowadziła rozmów na temat przekazania kolekcji. Rzecznik prasowy Ambasady nie dodał tylko, że to Pani Mole chciała pochować męża w Polsce i wyłącznie w tym celu pojawił się u niej służbowo polski dyplomata. Przy okazji Pani Mole popłakała sobie, że od lat Polska nie chce jej kolekcji i przez nikogo nie przymuszana obiecała napisać w obecności notariusza, że jako polska patriotka gotowa to zrobić. Zgodę na przewiezienie do Polski zwłok Męża Belutina, Pani Profesor otrzymała zgodnie ze swoją prośbą. Póżniej otrzymała przygotowane także na jej prośbę oświadczenie, że chciałaby spocząć obok Małżonka w Polsce. Panią Mole poznałem przy tej właśnie okazji, ponieważ sama wyraziła ochotę na rozmowę z przedstawicielem polskiej prasy, która wg niej zaniedbuje ją od blisko dwudziestu lat.
Na początku sierpnia ukazał się artykuł w tygodniku Wprost. Pani Mole (Molewa? Tośka...? Antonina...? Nina...? – w zależności od Jej humoru) uznała, że Jej godność została narażona na szwank. Wkrótce przyszli do Niej dziennikarze niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, którzy opisali całą historię, znacznie brutalniej ukazując rzeczywistość przechowywania dzieł sztuki: kurz i pajęczyny to jedno, ale rozpasane 4 koty, skaczące po rzeźbie Michała Anioła, obrazach Tycjana i da Vincim oraz panujący w mieszkaniu koci zaduch... Pani Molewa się wściekła: naszym dyplomatom, usiłującym nawiązać z nią kontakt, skarżyła się najpierw na Batera a potem... na Niemców. Rzekomo z tego powodu nasza Ambasada skazana została na porażkę: dyplomaci padli pod naciskiem artykułów polskich i niemieckich dziennikarzy...- przynajmniej tak sugerował próbujący podobno negocjować z Panią Mole Ambasador w Moskwie, Wojciech Zajączkowski.
Kilkakrotnie chciałem telefonicznie nakłonić Panią Profesor do rozmowy: powiedziała, że albo ją przeproszę za „wronę” albo nic z tego. Deklaracji darowizny w obecności notariusza jeszcze nie podpisała, zamierza to zrobić wkrótce, mówiła za każdym razem. W październiku Pani Profesor przyznała jednak (co zrelacjonowałem Ambasadorowi Zajączkowskiemu), że zamierza prochy Męża wraz z „pewnymi katolickimi artefaktami” przesłać do Warszawy. Chodziło zapewne o rzecz, opisaną w pkt.2 odpowiedzi Ambasady na publikację w „KP”: kiedy jednak powiedziałem o tym Ekscelencji Wojciechowi Zajączkowskiemu, był zdumiony nie mniej niż ja – Starsza Pani wyobraziła sobie zapewne polski bagaż dyplomatyczny jako walizkę, wypełnioną prochami Męża, Refektarzem i może jakimś obrazem, wiezioną przez polskich dyplomatów... niezgodnie z prawem. Wobec takich oczekiwań uznaliśmy, że sprawa ta nie jest godna dalszego pochylania się nad nią. Przy czym Pani Profesor zapomniała chyba, że to nie Polacy mają doświadczenie w nielegalnym wywożeniu i grabieniu dzieł sztuki. Ani słowem nikomu też nie wspominała o litewskich próbach zagrabienia kolekcji.
Kilka godzin później, Ekscelencja Wojciech Zajączkowski zadzwonił jednak do mnie informując, że Pani Mole (-wa) oskarżyła mnie o podszywanie się pod polskich dyplomatów: podobno miałem przedstawiać się jako pracownik MSZ w Warszawie i w ten sposób skłaniać ją do zeznań... Być może w „trosce” o kolekcję dyplomaci Ambasady RP w Moskwie uwierzyli właścicielce obrazów i rzeźb – postanowili odseparować mnie od siebie i bez informowania o tym kogokolwiek, uznali za „persona non grata” w Ambasadzie RP w Moskwie.
Niewiele to dało. Pani Molewa (już nie Mole) nie rozmawia teraz z naszymi dyplomatami, lecz bezpośrednio z Kremlem – to tam pragnie umieścić swoje zbiory już jako zdeklarowana, rosyjska patriotka. Jeżeli wszystkiemu winni są (jak zwykle) dziennikarze, nie wystawia to najlepszego świadectwa naszym dyplomatom. Podobnie jak w przypadku wraku Tupolewa wszystkie zabiegi, zmierzające do uzyskania czegokolwiek, kończą się niczym z powodu elementarnej nieznajomości prawa międzynarodowego i dyplomatycznej nonszalancji naszych wysokich urzędników.

Z wypowiedzi anonimowego pracownika polskiego MSZ:
„Wobec braku zainteresowania ze strony polskiej kolekcją, w pierwszej połowie lat 90-tych Eligiusz Bellutin i Antonina Mole prowadzili rozmowy z władzami Moskwy w celu przekazania kolekcji stolicy Rosji. Warunkiem było umieszczenie całych zbiorów w jednym, godnym miejscu Moskwy. Ówczesny mer miasta Jurij Łużkow stwierdził, że niestety miasto nie posiada środków na wybudowanie takiego muzeum. Kłamał, licząc zapewne, że kolekcja i tak trafi w jego ręce.
W czerwcu 2012. pani Mole otrzymała (na własną prośbę) od polskiego dyplomaty dokumenty zezwalające na przewiezienie urny z prochami męża Eligiusza Bellutina do Polski oraz złożyła oświadczenie, że w przyszłości chciałaby spocząć obok małżonka.
Mimo składanych od czerwca obietnic, do chwili obecnej pani Mole nie podpisała wstępngo aktu darowizny kolekcji Polsce. Być może ewentualna przyszła donatorka od lat oczekiwała od strony polskiej deklaracji o tym gdzie w Polsce kolekcja będzie wystawiona. Nie można wykluczyć, że pani profesor trzymając wszystkich zainteresowanych w stanie niepewności chciałaby mieć możliwość wybrania lepszej oferty – polskiej lub rosyjskiej, bo co z Litwinami (których obywatelstwo posiada Pani Mole) to trudno zgadnąć. Wprawdzie procedura przewiezienia zbiorów do Polski, jeśli w ogóle doszłoby do tego, trwać może lata to jednak już dawno można było zaryzykować i wskazć lokal godny, np. Wawel. Za tym miejscem przemawiają dwa fakty. To w Krakowie dyrygentem Filharmonii Narodowej był dziad Eligiusza, Włoch Michaele Belluci i stąd wysyłał cenne obrazy do syna, którego rany odniesione podczas I wojny światowej zatrzymały w Rosji. Umieszczenie kolekcji w Krakowie być może utuliłoby Rosjan w żalu po wywiezieniu kolekcji. Kraków jest ich ulubionym miejscem wypraw turystycznych do Polski. Wobec tego wspólnie z Polakami mogliby oglądać cenne dzieła, a podobno nic tak nie zbliża ludzi, jak wspólne przeżycia artystyczne. Bo na pewno nie dyplomatyczne...”