Fiodor Bondarczuk, syn legendarnego reżysera radzieckiego, Siergieja, zrobił nominowany przez Rosję do Oscara film o bitwie stalingradzkiej. Tak naprawdę: krwawą operę mydlaną w formacie 3D (taki trend) o tym, co dla Rosjan do dziś jest świętością: o dziesiątkach tysięcy czerwonoarmistów, których często osobiste poświęcenie odmieniło losy II wojny światowej.
REKLAMA
Jest późna jesień 1942 roku, kilka miesięcy do kapitulacji VI armii marszałka polnego, Friedricha Paulusa. Walki o Stalingrad trwają od sierpnia, miasto jest zrujnowane, Przebieg dotychczasowej kampanii, na ogólnych scenach walk zbiorowych, wyjaśnia jak uczniakom głos samego Bondarczuka. Zaraz potem przechodzimy do zasadniczej historii. Desant, złożony z 6 komandosów radzieckich, zajmuje dom na lewym brzegu Wołgi, aby umożliwić bezpieczną przeprawę przez rzekę uciekinierów z jednej i posiłków z drugiej strony. Komandosi dwa dni dzielnie stawiają czoła nacierającym Niemcom a towarzyszy im 18-letnia „krasawica“, która jakimś cudem jako jedyna przeżyła w zrujnowanym budynku.
Ta blondynka jest młoda i czysta, niczym rosyjska wiosna: nic więc dziwnego, że sześciu dzielnych bojowców zakochuje się w niej bez pamięci, ale miłością czystą, bez erotycznych podtekstów. Wiadomo, taka bohaterka nie może być zbrukana nawet pocałunkiem, tym bardziej że postaci komandosów swymi postawami i teatralnymi dialogami przypominają apostołów. No a tym przecież nie przystoi... Jak z tego wszystkiego ostatecznie pojawia się dziecko, pozostaje zagadką do końca. A raczej jest zagadką od początku.
„Stalingrad“ otwiera bowiem obraz... zrujnowanej przez trzęsienie ziemi Japonii w 2011 roku. Ot, taki chytry chwyt, który powoduje, że na początku widz ma wątpliwości, czy trafił do odpowiedniej sali kinowej na właściwy film. Rozwiewa je jednak dzielny oficer Ministerstwa do Spraw Nadzwyczajnych, który uczestniczy w akcji ratowania ofiar japońskiej katastrofy. I to nie byle jakich ofiar, bo uwięzionej pod gruzami grupy młodych... niemieckich turystów. Nasz dzielny, rosyjski ratownik, czekając na wsparcie ciężkiego sprzętu, opowiada im swoją historię: historię 6 ojców ze Stalingradu, którzy 2 dni stawiali czoła dziadkom uwięzionych studentów. Opowiada ją bez złości, bez nienawiści: przecież dzisiaj wszyscy są braćmi, zdaje się mówić Bondarczuk w duchu niemal radzieckiego internacjonalizmu. Gdy opowieść przenosi nas z Japonii blisko 70 lat wstecz w w ruiny oblężonego domu, sala zaczyna parskać ze śmiechu: takiego chwytu nawet Spielberg by nie wymyślił. Ale „im dalej w las tym więcej samochodów“. Nasz główny romans 6 apostołów i blond-świętości snuty jest w nienaturalnie teatralnym, niebiesko-żółtym oświetleniu, jego bohaterowie mówią językiem Dostojewskiego i Tołstoja, a wszystko to na tle nienaturalnie sztucznie wyglądających dekoracji wnętrza domu.
Ta mydlana opera przypominająca apokryf przerywana jest jednak scenami walk wręcz, filmowanymi z dzikim sadyzmem i niebywałymi efektami specjalnymi. Niemcy bowiem co chwila próbują przerwać słodką idyllę miłosną a także linię obrony wojsk radzieckich i zdobyć dom. Krew z podrzynanych bagnetami gardeł w zwolnionym tempie zalewa widzom trójwymiarowe okulary, walczący miotają do siebie w swoich językach najgorsze przekleństwa a trup ściele się gęsto, oczywiście głównie po stronie niemieckiej. A tam też rozgrywają się burze uczuć. Oto dowodzący nacierającymi siłami Niemców „vis a vis“ naszego głównego bohatera, kapitana-krasnoarmiejca, kapitan Wehrmachtu, również się zakochuje. Zakochuje w rosyjskiej ślicznotce (czytaj: dziwce – jak sugeruje Bondarczuk, chociaż wcale nie dziwce), z którą pod kulami uprawia dziki sex. „Wyzwalasz we mnie zwierzę“ – zwierza się w którymś momencie niemiecki kapitan przed kolejnym atakiem na pozycje wroga. Dziewka (nie: dziwka), mimo swej paskudnej charakterystyki moralnej i trwającego od wielu tygodni oblężenia, siedząca w piwnicy bez wody i mydła, jest jednak równie czysta jak nasza „wiosenka“: fryzura i makijaż zrobione przez najlepszych stylistów, bielizna biała niczym świeży, stalingradzki śnieg, ciało czyściutkie niczym prosto spod prysznica. Jak tu się dziwić umorusanemu w ogniu walki, niemieckiemu kapitanowi...? A tym bardziej Bondarczukowi, który wie, że tylko taka prawdziwa uroda zapewni filmowi oglądalność. Szczególnie za Oceanem.
Kulminacją jest oczywiście kiczowaty do bólu pojedynek obydwu dowódców, w wyniku którego zwyciężyć musi jedynie słuszna strona. „Bóg jest z nami!“ – mówią towarzysze radzieckiego kapitana i dobrze, że nie słyszy tego żaden politruk. Już on by dał im Boga ! Niemcy nie mówią zaś ani razu „Gott mit uns!“, bo Bóg może być tutaj tylko po jednej stronie. W tych scenach najlepiej widać, jak biedny Bondarczuk miota się między obowiązującą obecnie, pseudoreligijną poprawnością, patriotyzmem a historyczną rzetelnością. Z tej ostatniej tak naprawdę w pamięć zapada rzeczywiście wstrząsająca scena zbiorowa, kiedy rosyjscy żołnierze, zalani benzyną i podpaleni, jak żywe pochodnie atakują pozycje Niemców. Weterani przyznawali po obejrzeniu filmu, że tak właśnie bywało. Ale na tym w zasadzie koniec rzetelności: ruiny Stalingradu narysowane są na komputerze dość niedbale i niewyraźnie, niebo jest różowe, tygrysy białe, junkersy żółtawe, wszystko dziwnie oświetlone i nienaturalne. Komputer, komputer i jeszcze raz komputer – prawdziwy I-Max. Tak miało zresztą być, film miał być nie tylko patriotyczny ale i kasowy. Wyszedł dziwny twór z pogranicza dobrego smaku, ale może taki właśnie spodoba się hollywoodzkiemu jury...? Bo na pewno nie weteranom Stalingradzkiej bitwy, którzy z zażenowaniem mówili po premierze w telewizyjnych wywiadach, że kino no owszem, o Stalingradzkiej Bitwie, ale jakieś takie...nie takie. Mimo tej sceny z żywymi pochodniami....
A Bondarczuk, zdając się nie słyszeć podobnych głosów, chodził napuszony niczym paw, epatując najnowszym super smokingiem i butami, charakterystyczną celebrycką bródką i łysinką. Jak napisał jeden z recenzentów: tej roli, celebryty, Bondarczuk powinien się był trzymać od początku, reklamować zachodnią modę i nie brać za temat, który go przerasta. Tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie chociażby „Stalingrad“ Jurija Ozierowa z 1989 roku. On jakoś nie potrzebował ani I-Maxa, ani hektolitrów czerwonej farby ani komputerów by jego dzieło przeszło do historii.
I jeszcze jedno: wchodząc na oficjalną stronę filmu odbijamy się od... gry komputerowej, która polega na sforsowaniu Wołgi, zdobyciu jakiegoś składu amunicji a w konsekwencji: darmowych biletów do kina. Cóż jakie czasy, takie kino i taka promocja. Nawet tak święta i czczona w Rosji pamięć też już ma swoją cenę, cenę mierzoną w rublo-dolarach.
