Wydawało się, że rosyjsko–ukraińsko–zachodnia wojna propagandowa dobiega końca. W ubiegłym tygodniu z dnia na dzień z czołówek serwisów informacyjnych w Polsce i w Europie zniknął Krym, Kijów, zniknął ukraiński koń pociągowy uruchomionej machiny propagandowej, nieco uspokoili się także Rosjanie. Teraz jednak wszystko rusza od nowa: powodem jest Wschodnia Ukraina.
REKLAMA
Ta machina od początku ma uchronić Unię Europejską i NATO przed ośmieszeniem i kompromitacją na wypadek, gdyby III wojna światowa jednak nie wybuchła (nie chroni), machina kremlowska ma z kolei pomóc w realizacji imperialnych ciągot Putinowi (pomaga). Jakoś trzeba by się z tego wycofać, ale preparowane na prędce kolejne zagrożenie ze strony syberyjskich niedźwiedzi robi swoje: Polacy zaczęli się bać. Tym bardziej, że teraz wojna już na pewno wybuchnie – straszą tzw. eksperci. Stawiają oni jednoznaczne cenzurki całemu narodowi rosyjskiemu, wzywając niemal do krucjaty przeciwko Kremlowi. Kto się ośmiela wypowiadać inaczej, awansuje w opinii owych „ekspertów“ do statusu sługusa Kremla (patrz: zaoczna polemika Krystyny Kurczab Redlich i Pawła Deląga na łamach jednego z tygodników) lub trafia na czarne listy prawicowej prasy (Państwa pokorny sługa dostąpił tego zaszczytu). Obraz wspólnego wroga ma nas zjednoczyć. Wychodzi jak zwykle. O szkodach i stratach – cisza. Nie szkoda róż, gdy płoną lasy.
A bilans tych propagandowych harców (poza niesmakiem: z jednej jak i drugiej strony) jest dla Polski smutny: gotowi po raz kolejny umierać w imię utopii, jaką jest cywilizowana, demokratyczna, ale wciąż poradziecka, Ukraina, przekonaliśmy się brutalnie, że za nas też nikt – mimo sojuszy – umierać nie będzie. Umierać...? Nikt nie zamierza nawet rozmieszczać u nas dodatkowych baz wojskowych, wyrzutni rakietowych – nie mówiąc już o budowie tzw. tarczy antyrakietowej. Nikt nie daje bankrutującym eksporterom mięsa, jabłek i nabiału złamanego szeląga rekompensaty: to cena, tłumaczą im, zaangażowania w cywilizacyjną wolność i demokrację. Skazani na niebyt przedsiębiorcy muszą radzić sobie sami. Unijna jałmużna im nie pomoże. Tonący - ratuj się sam. Chciało się rosyjskich pieniędzy, teraz macie za swoje.
Ale nie tylko oni. Ukraińska Rewolucja pożera własne dzieci. Prawy Sektor, tak jeszcze niedawno uwielbiany przez naszych ekspertów od polityki wschodniej, odchodzi w niebyt. Nagle okazało się, że ktoś źle obstawił: gdy nacjonalistyczni kibole i zwykłe, ostrzyżone na jeża żule podjęły próbę zaprowadzenia swoich porządków już nie tylko na zachodzie Ukrainy ale i w Kijowie – media nagle zmieniły ton swoich wypowiedzi. Nagle okazało się, że w szeregach rewolucjonistów rzeczywiście są elementy niepożądane. Z bohaterów bojówkarze Prawego Sektora zajęli należne im miejsce na śmietniku historii. A ile było krzyku, gdy ktoś ośmielał się ostrzegać przed nimi wcześniej: jeszcze do niedawna określanie ich mianem nacjonalistycznych, neofaszystowskich bojówek należało do złego tonu, zarezerwowanego wyłącznie dla kremlowskich propagandzistów. Teraz Rewolucja pożera swoje dzieci – i smacznego ! Chociaż młodej, ukraińskiej demokracji jeszcze długo przyjdzie czyścić szeregi z porewolucyjnego brudu.
Na szczęście pojawia się kolejna nadzieja dla polskich mediów i polityków i skutecznie odwraca uwagę od kłopotliwych zagadnień: na granicy rosyjsko ukraińskiej ponownie niepokoje, dochodzi do aktów przemocy ze strony rosyjskich bojówkarzy w Doniecku, Charkowie, Ługańsku. Aktów, inspirowanych oczywiście przez Moskwę, która aż się rwie do przejęcia wschodnich rubieży Ukrainy i gromadzi na granicy coraz potężniejsze siły wojskowe. Panowie o poważnych minach mędrkują w telewizjach na jeden temat: wejdą – nie wejdą? O tym, że sytuacja jest diametralnie różna niż w przypadku Krymu, że tzw. deklaracje niepodległości Wschodu i referenda ogłaszają kilkudziesięciu osobowe zaledwie grupki radykałów, że większość mieszkańców ma już tego dość – mówi się mało, nieśmiało, albo nic. Z ekranów znów straszą nas wojną (nie wybuchła na Krymie, wybuchnie teraz), dziennikarze zachłystują się eskalacją rzekomego zagrożenia, politycy prowadzą swoją kampanię wyborczą a zachodni biznesmeni, po cichu, ponad naszymi głowami, załatwiają swoje interesy i układają się z Rosją. Nam nie pozwala na to źle pojmowana, ale świetnie propagandowo wykorzystywana duma i honor. Nie do wszystkich jednak to trafia, nie wszystkich przekonuje.
To prawda: boimy się Rosji. Ponieważ boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy. Politycy wykorzystują to bez pudła. Bo wiedzą, że nikt nie będzie teraz zadawał kłopotliwych pytań typu, np.: dlaczego Berkut nie spacyfikował Majdanu w godzinę, na co był przygotowany ? kto doszedł do władzy na Ukrainie w wyniku kijowskiej masakry ? dlaczego analiza balistyczna kul z ciał ofiar „Niebiańskiej Sotni“ jest utajniona, skoro strzelał Berkut ? ile i czy w ogóle rosyjskie wojska zajmowały Krym ? ilu ukraińskich polityków nowego rozdania posiada rosyjskie paszporty, interesy i nieruchomości w Rosji ? Łatwiej sprowadzić dyskusję do poziomu dowcipów „W prezencie na Dzień Kobiet 8-go marca Kabajewa poprosiła Putina o krem. Ten zrozumiał: Krym...“. A to skutkuje coraz częstszymi wątpliwościami: jeśli pojedziemy z wycieczką na od dawna zamówioną wycieczkę na Bajkał lub nawet do Kaliningradu, czy nic nam nie grozi ...? Owszem, grozi: kto się przestraszy, ugięty antyrosyjską kampanią w mediach, straci szansę ujrzenia chodzących po ulicach białych niedźwiedzi. Wybór należy do ciebie !
PS
Nie życzę ani Ukrainie, ani Rosji, ani Europie ani Światu aneksji ukraińskich rubieży wschodnich przez siły rosyjskiego Mordoru. Egoistycznie nie życzę tego także samemu sobie: będę musiał bowiem uderzyć się wówczas w wątłą pierś naiwności i niekompetencji wobec polityki Kremla. Ku satysfakcji hejtujących podobne publikacje znawców, jednoznacznie przylepiających ich autorom łatkę kremlowskich agentów wpływu. Agentów, zachęcających do merkantylnych zachowań i układania się z Rosją. Agentów, którzy nie dają gotowych recept i ignorują historię. Agentom, którym się wydaje, że od wydawani recept są politycy a dziennikarze – od ich oceniania. Agentów lobbujących na rzecz Rosji i Putina. A to znaczy jedno – że znowu ktoś chce w coś uwierzyć i że niczego nie zrozumiał, zarzucając autorowi brak komunikatywności.
Nie życzę ani Ukrainie, ani Rosji, ani Europie ani Światu aneksji ukraińskich rubieży wschodnich przez siły rosyjskiego Mordoru. Egoistycznie nie życzę tego także samemu sobie: będę musiał bowiem uderzyć się wówczas w wątłą pierś naiwności i niekompetencji wobec polityki Kremla. Ku satysfakcji hejtujących podobne publikacje znawców, jednoznacznie przylepiających ich autorom łatkę kremlowskich agentów wpływu. Agentów, zachęcających do merkantylnych zachowań i układania się z Rosją. Agentów, którzy nie dają gotowych recept i ignorują historię. Agentom, którym się wydaje, że od wydawani recept są politycy a dziennikarze – od ich oceniania. Agentów lobbujących na rzecz Rosji i Putina. A to znaczy jedno – że znowu ktoś chce w coś uwierzyć i że niczego nie zrozumiał, zarzucając autorowi brak komunikatywności.
