Z ogromnym zdumieniem wysłuchałam słów byłego premiera, prezesa Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława Kaczyńskiego o tym, że otrzymał niezwykłą obietnicę od premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona : Polska nie straci finansowo na cięciach, których Brytyjczycy domagają się tak zdecydowanie. Jak to jest możliwe, że tak wytrawny polityk jak pan Jarosław Kaczyński złapał się na podobne słowa?

REKLAMA
Kiedy w październiku i listopadzie tego roku byłam w Londynie, sporo czasu spędzałam w archiwum brytyjskiego parlamentu. Miałam też okazję przysłuchiwać się burzliwym dyskusjom, jakie w owym czasie toczyły sie w Izbie Gmin. Premier Cameron odpierał ataki posłów, którzy domagali się radykalnych cięć w budżecie unijnym. Rząd domagał się zamrożenia kwot, co z naszej perspektywy już było niekorzystne, ale brytyjscy posłowie poszli znacznie dalej.
Opozycyjna Partia Pracy, tak bardzo pro-europejska w swoich poglądach, wzywała premiera aby na szczycie UE domagał się zmniejszenia wspólnego budżetu. Pewnie nic by z tego nie było, wszak koalicyjny partner Konserwatystów – Partia Liberalno-Demokratyczna, trzymał sie ustaleń, gdyby nie to, że grupa posłów konserwatywnych poparła stanowisko opozycji. W warunkach brytyjskich, to wydarzenie dość niezwykłe. Bunt w szeregach własnej partii, to nie tylko inny wynik w głosowaniu, to porażka lidera.
Cameron na szczycie w Brukseli będzie grał bardzo ostro. Nie może wrócić do kraju na tarczy. Jest przywódcą partii, która swoje korzenie ma w siedemnastowiecznym stronnictwie Torysów. Jest następcą premierów, którzy podbijali świat, czyniąc z Wielkiej Brytanii potężne imperium. Nie może tak po prostu przyjechać do Londynu i powiedzieć wszystkim, że inni go pokonali, że sie ugiął. A obietnice złożone polskiej opozycji, nawet jeśli miały faktycznie miejsce, nie mają większego znaczenia. Brytyjczycy zawsze kierują sie wyłącznie własnym interesem. Obce jest im pojęcie solidaryzmu, w imię którego bogatsze państwa wspierają te biedniejsze.
Zresztą droga Brytyjczyków do Wspólnoty Europejskiej była kręta i taka pozostała. Gdy po wojnie idea zjednoczonej Europy nabierała kształtów Wielka Brytania postanowiła nie przyłączać się. Politycy z Partii Konserwatywnej nie chcieli stać sie częścią federacji, jednym z wielu państw, które miały sie podporządkować wspólnym zasadom. Wielu wciąż marzyło o odbudowie światowego imperium, które wręcz odwrotnie, właśnie sie rozpadało. Politycy Partii Pracy z kolei uważali, że nowopowstająca Wspólnota Europejska to coś w rodzaju klubu dla bogatych, więc im także pomysł początkowo sie nie podobał. Zwyciężył pragmatyzm, gdy okazało sie, że państwa członkowskie odnoszą konkretne profity.
Wielka Brytania przyłączyła się ostatecznie do Wspólnoty Europejskiej w 1973 r. Po drodze dwukrotnie jej członkowstwo wetowała Francja. Jednakże już w 1975 r. Brytyjczycy głosowali w referendum, czy chcą pozostać we Wspólnocie ( trzeba przyznać, że w międzyczasie rząd renegocjował warunki członkowstwa na bardziej korzystne). Zarówno przeciwnicy członkowstwa jak też zwolennicy prowadzili bardzo intensywną kampanię. W rezultacie przeważyły argumenty zwolenników.
W tym małżeństwie brytyjsko-europejskim nie było miłości. Gdy w 1979 roku doszła do władzy Partia Konserwatywna na czele z niezwykłą kobietą Margaret Thatcher, znana ze swej niechęci do Wspólnoty Żelazna Dama walczyła o pieniądze jak nikt dotąd. To właśnie ona, waląc torebką w blat ,uzyskała w 1984 r.dla Wielkiej Brytanii słynny rabat, który pozwala wpłacać do wspólnego budżetu UE znacznie mniej pieniędzy niż wynika to z wyliczeń. Ani wtedy ani dzisiaj nie było mowy o interesie innych państw członkowskich. Zawsze chodziło tylko o dobro Zjednoczonego Królestwa. Czy należy sie temu dziwić? Nie, bo jak mówi stare polskie przysłowie bliższa ciału koszula. Oczywiście nie o to chodziło w pięknej idei zjednoczonej Europy, ale takie są realia.
Dzisiaj w dobie kryzysu ekonomicznego każde euro jest na wagę złota. Wszyscy ciągną więc w swoją stronę, ciągniemy i my i Brytyjczycy. Ot zwykła polityka, a w polityce nie ma sentymentów. A już na pewno nie ma co liczyć na sentyment Brytyjczyków. Zresztą historia pamieta takie momenty, gdy liczyliśmy na nich i nic z tego nie wyszło. Co innego my Polacy, na nas liczyć można zawsze, jesteśmy honorowi, dotrzymujemy słowa, nawet wbrew własnym interesom. A w stosunkach międzynarodowych trzeba być twardym. I pozbyć się złudzeń. I nie wierzyć w obiecanki. Nigdy w życiu.