Związkowcy domagają się oZUSowania umów śmieciowych, aby zachęcić do zatrudniania na etat. Radykalni liberałowie mówią, że to recepta na wzrost bezrobocia i szarej strefy. Ja mam mieszane uczucia.

REKLAMA
Teoretycznie, moja dusza liberalnego ekonomisty rwie się w stronę nieingerowania w umowy śmieciowe (przy okazji intuicja przypomina, że rzadko zgadzam się z żądaniami związków zawodowych). No jasne, po co ingerować w wolne umowy ludzi? Poza tym dzięki zatrudnieniu na umowę o dzieło/zlecenia na pewno rynek pracy jest bardziej elastyczny, a część ludzi znajduje legalną pracę, której by inaczej nie znalazła.
Problem tylko w tym, czy wszystkie te argumenty są zawsze prawdziwe. Wolne umowy między ludźmi? Wygląda jednak na to, że często jest to „propozycja nie do odrzucenia”, polegająca w dodatku na tym, że pracodawca odprowadza na swoje konto znaczną część zysku z operacji (tzn. na rękę wypłaca więcej, ale w sumie płaci znacznie mniej). Jest to więc nieraz żerowanie na trudnej sytuacji szukającego pracy, albo wręcz zmuszanie go do takiej – w sumie niekorzystnej dla niego – umowy. Oczywiście nie zawsze. Ale kiedy słyszę o dawnych pracownikach etatowych, których faktycznie zmuszono do przejścia na umowy o dzieło (albo własną działalność), nie mogę nie pomyśleć o tym jako o przymusie.
Po drugie, jest to zazwyczaj również żerowanie na nieświadomości ludzi. No cóż, 30-latkowi naprawdę nie przychodzi do głowy, że kiedyś będzie na emeryturze. Oferta: o 10% więcej na rękę, ale bez ZUS, brzmi dla niego bardzo zachęcająco. I w ten sposób ludzie robią sobie krzywdę, którą potem trudno zrekompensować.
Po trzecie, jest to oczywiście zazwyczaj też żerowanie na budżecie (czyli na podatnikach). Przecież wiadomo, że jeśli ktoś przez znaczną część życia zawodowego nie będzie płacił ZUS – i tak w wieku emerytalnym zgłosi się do państwa po to, by inni zrzucili mu się na emeryturę minimalną. Albo zasiłek. Słowem „cudowne rozmnożenie pieniędzy” w ramach umowy śmieciowej, to w rzeczywistości robienie zysków kosztem innych.
Argument o tym, że miejsca pracy finansowane umowami śmieciowymi bez tej możliwości w ogóle by nie powstały, to czasem może być prawda, ale bardzo często jednak bywa to również i hucpa. Jeśli pracodawca potrzebuje pracowników, będzie ich zazwyczaj szukał (być może oferując nieco niższą wypłatę na rękę, jeśli trzeba będzie płacić ZUS). Mimo wszystko, większość nie zdecyduje się na zatrudnianie na czarno (to jednak ryzyko, zwłaszcza w większych firmach). Nie ma natomiast wątpliwości, że w wielu przypadkach ograniczenie możliwości stosowania umów śmieciowych oznaczałoby głównie niższe zyski, a nie niższe zatrudnienie.
Stąd jednak do oZUSowania wszystkich umów o dzieło chyba dość daleka droga. Istota problemu, to oddzielenie umów rzeczywistych od fikcyjnych. Czyli oZUSowanie tylko tych, w przypadku których istnieją podstawy do sądów, że są obejściem etatu. Niełatwe, ale można spróbować. Zwłaszcza, że elastyczne formy pracy naprawdę są wielu ludziom potrzebne i powinny być stosowane – ale na uczciwych zasadach.