Tomasz Lis uczciwie napisał , że „jak mielibyśmy te taśmy to […] dalibyśmy do druku, wszystko co się da”. To każe chwilkę zastanowić się nad funkcjonowaniem świata, w którym żyjemy i nad tym, jak sami wystawiamy się na manipulację.
REKLAMA
Ktokolwiek usiłuje dziś bronić tezy, że równie ważne, jak CO jest na taśmach z nagraniami polityków jest to KTO i w jakim celu je wypuścił, z miejsca naraża się na oskarżenia. Przecież to oczywiste, że chce po prostu odwrócić uwagę od wpadek rządu!
W rzeczywistości sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i wykraczająca poza bieżącą politykę. Problem leży bowiem w tym, że wypuszczający nagrania na rynek może je łatwo sfałszować – nie poprzez techniczne podmiany jednych słów na inne, ale raczej poprzez odpowiedni dobór tego, co wypuszcza.
Zadam więc dość naiwne pytanie: skoro szajka podsłuchujących robiła to przez wiele miesięcy, nagrywając zapewne rozmowy jak leci w VIP roomach popularnych restauracji, to przecież chyba nagrała nie tylko rządzących ministrów, ale np. przedstawicieli i innych partii? A skoro tak, to dlaczego słyszymy tylko podsłuchy z jednej strony? I kto oraz w jakim celu dokonuje selekcji? (odpowiedź może być prosta - bo tak się bardziej opłaca, ale może też być bardziej skomplikowana).
No i drugie: jak można sądzić, szajka robiła to dla pieniędzy. Wiadomo, że musiała podsłuchać nie tylko polityków, ale również np. w ogóle niezwiązanych z polityką biznesmenów. W jaki sposób wykorzystywane są te drugie rodzaje taśm, dla mediów mało interesujące? (jeśli w sposób jawnie kryminalny, np. dla szantażu - to zadajmy sobie dalsze pytanie, w jakie grze uczestniczymy i z kim współpracują media).
Jak uczciwie napisał Tomasz Lis, „jak mielibyśmy te taśmy to […] dalibyśmy do druku, wszystko co się da”. Ale to oznacza, że żyjemy w świecie w którym manipulatorzy i przestępcy mają nad innymi wyraźną przewagę. Bo to oni mają w ręku karty, którymi mogą grać tak, jak się im podoba.
PS. Nie bronię nagranych, zastanawiam się tylko nad światem, w którym żyjemy
