Wprawdzie rosyjskie ograniczenia w dostawach gazu do Polski jak na razie chyba się skończyły, ale problem jak najbardziej pozostał. I pewnie czeka na bardziej sprzyjające okoliczności przyrody (np. na ostra zimę). A my tymczasem zajmujemy się dziś głównie żadaniami górników, aby cały kraj solidarnie dopłacał do wydobycia węgla.

REKLAMA
Znad wschodniej granicy donoszą: krasnoludki z siwymi brodami à la Feliks Dzierżyński, znowu się zaktywizowały. Tym razem nie na Krymie i w Donbasie, ale w okolicach rurociągów przesyłających rosyjski gaz do Europy. Pokręciły się, pokręciły, a potem pokręciły jakimiś wajchami. W efekcie czego do Polski – a także kilku innych krajów – zaczęło docierać mniej gazu, niż zamawiają, choć Gazprom wszystko dementuje.
Domysłów i hipotez co do przyczyn niezwykłej aktywności krasnoludków pojawiło się całkiem sporo. Wspólnym mianownikiem było przekonanie, że krasnoludki odczuły zrozumiałe oburzenie z powodu bezprzykładnej kampanii oszczerstw, skierowanych na Zachodzie przeciwko Rosji – i postanowiły dać wyraz nieukontentowaniu. Przykręcając lekko wajchę, pewnie po to, by pokazać że zimą mogą przykręcić ją jeszcze bardziej.
Nie ma co ukrywać – pokazuje to, że sprawy bezpieczeństwa energetycznego trzeba traktować naprawdę poważnie. I nie z typowym dla nas brakiem zdolności do wdrażania długookresowej strategii, którego symbolem są płonne (jak dotąd) nadzieje na masowe wydobycie gazu z łupków.
Problem z bezpieczeństwem energetycznym jest jednak taki, że pojęcie to ma dwa wymiary. Pierwszym jest bezpieczeństwo rozumiane w sposób klasyczny, a więc zabezpieczenie kraju przed możliwością znaczącego zakłócenia dostaw (z jakichkolwiek przyczyn, również politycznych). Drugie znaczenie bezpieczeństwa energetycznego ma wymiar ekonomiczny. Jest to zdolność do zapewnienia krajowi dostaw energii za umiarkowaną cenę, pomagającą utrzymać konkurencyjność gospodarczą. Oba cele daje się ze sobą zazwyczaj połączyć długookresowo (a na pewno nie są ze sobą sprzeczne, bo jeśli się jest technicznie nadmiernie uzależnionym od jakiegoś dostawcy, prędzej czy później przekłada się to również na dyktat wyższych cen). Ale problem może pojawić się w krótkim okresie – to, co jest dziś tańsze, niekoniecznie jest na dłuższą metę najbezpieczniejsze.
No i mamy problem do rozwiązania: jaką cenę jesteśmy skłonni zapłacić dziś za to, by na dłuższą metę czuć się bezpieczniej. Jest oczywiście nieco rozwiązań „cudownych” – np. nagła bonanza w zakresie gazu z łupków - ale nadal nie wiemy, czy możemy na nie liczyć. Jeśli nie, to pozostają niełatwe wybory. Możemy więcej inwestować w zastąpienie gazu rosyjskiego innym, ale musimy zdawać sobie sprawę z tego, że na krótką metę będzie się to wiązało z kosztami, które oczywiście muszą być wkalkulowane w rachunki za gaz. Innym możliwym rozwiązaniem naszego dylematu byłby sukces w zakresie „europeizacji” problemu gazowego. Nie trzeba byłoby nawet iść tak daleko, jak proponował nasz były premier w koncepcji „unii energetycznej”. Dla wyraźnego zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego Polski (bez wzrostu kosztów) wystarczyłoby wspólne zarządzanie rezerwami gazowymi Unii, które drastycznie zmniejszyłoby możliwości szantażu wobec poszczególnych krajów (niestety, nie zapewnia tego forsowana przez Komisję liberalizacja rynku). Ale sukces w tej dziedzinie nie zależy tylko od naszych starań, ale od zgody całej Unii.
Na szczęście pożyteczne krasnoludki robią wiele, aby zrozumienie dla naszych obaw w całej Europie rosło.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 12/09/2014