Słabość niemieckiej armii to właściwie nie temat ekonomiczny, ale polityczny. Ale ponieważ kiedyś napisałem całą książkę o alternatywnych historiach XX wieku (Stulecie chaosu), w której pokazywałem jak u podstaw siły militarnej i politycznej muszą stać czynniki ekonomiczne, warto spojrzeć na problem i od tej strony.

REKLAMA
Clausewitz, von Moltke (starszy i młodszy), Hindenburg i Rommel mają powody do zadowolenia: armia niemiecka znów przeraża Europę. Tyle tylko, że tym razem przeraża ją nie swoją siłą, ale słabością. Uziemione z braku części myśliwce, niesprawne czołgi i transportery, niegotowe do akcji dywizje, niedostateczne finansowanie, obawy polityków przed podjęciem działań, które uczyniłyby z Bundeswehry bardziej sprawne narzędzie „prowadzenia polityki za pomocą innych środków” (jak to dwa wieki temu określał Clausewitz), albo po prostu wsparcia w potrzebie swoich sojuszników (jak to definiuje dziś NATO). Wszystko to powoduje, że – parafrazując znane słowa Radka Sikorskiego – po raz pierwszy w historii polski sztab generalny nie boi się tego, że armia potężnego sąsiada z Zachodu może być zbyt aktywna, ale tego czy w ogóle stać ją na jakąś aktywność. Zwłaszcza, że armii naszego wielkiego sąsiada ze Wschodu można zarzucić dziś wiele, ale nie brak aktywności.
Obecny stan niemieckiej armii ma oczywiście swoje uzasadnienie ekonomiczne. Po upadku komunizmu kraje zachodnie z radością skorzystały z „pokojowej dywidendy”, wyraźnie redukując odsetek PKB przeznaczany na obronność. W Zachodniej Europie spadł on w porównaniu z końcem lat 1980-tych o połowę, w USA o jedną trzecią (początkowo i tam spadł o połowę, został jednak na nowo zwiększony w wyniku wojny z terroryzmem). „Pokojowa dywidenda” oznaczała, że więcej wytwarzanych w gospodarce dóbr można było poświęcić na konsumpcję i „cywilne” inwestycje; dodatkowo, stanowiła odciążenie dla finansów publicznych. Tą właśnie drogą poszły Niemcy, redukując budżet obronny z 2,6 do 1,3% PKB (Polska wydaje dziś na obronę niemal 2%, USA 3,8%, a Rosja 4,2% swego PKB).
W przypadku Niemiec cała rzecz jest jednak bardziej skomplikowana – i nie ogranicza się do pieniędzy. USA, Rosja czy Wielka Brytania dokonały wprawdzie znacznego ograniczenia wydatków, ale jednocześnie wprowadziły zmiany czyniące z armii narzędzie sprawniejsze: zmniejszyły radykalnie ilość żołnierzy, sprofesjonalizowały siły zbrojne, zainwestowały w nowe technologie odpowiadające potrzebom współczesnego świata. Niemcy – z powodów historycznych – nie były na to gotowe. Po wiekach złych doświadczeń demokratyczni politycy niemieccy za żadne skarby nie chcieli tworzyć z Bundeswehry profesjonalnego narzędzia wojny. Woleli pozostawić liczną armię z poboru, wzdragającą się przed jakimkolwiek zaangażowaniem w konflikty zbrojne (nawet w roli sił pokojowych).
No i mamy dylemat. Gdybyśmy tylko oczekiwali od Niemców, że w celu wypełnienia swoich zobowiązań wobec sojuszników z NATO zwiększą wydatki obronne, sprawa byłaby dość prosta. W końcu gdyby tylko wydawali taki odsetek PKB jak Polska, ich łączne nakłady byłyby niemal równie wielkie, jak Rosji. Ale to nie wystarczyłoby – bo aby owe działania dały efekty, oprócz większych pieniędzy, Niemcy powinni również zmienić swoją filozofię podejścia do armii.
A w takim razie my – wszyscy pozostali mieszkańcy Europy - musimy jasno odpowiedzieć sobie na trudne pytanie: czy naprawdę tego chcemy?
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 3.10.2014