Polityka klimatyczna i pieniądze. Media i politycy żyją dziś tylko tym, czy Polska na ostatnim szczycie unijnym wygrała, czy przegrała. A tymczasem tej gry nie da się w tak prosty sposób opisać.

REKLAMA
W czasie, kiedy czytacie Państwo ten felieton, zebrani w Brukseli przywódcy państw Unii usiłują wypracować porozumienie w sprawie pakietu klimatycznego. Dla przypomnienia: jest to porozumienie co do tego, jak bardzo kraje Unii powinny zredukować do roku 2030 emisję dwutlenku węgla (obciążanego główną odpowiedzialnością za zjawisko ocieplenia klimatu), a także w jaki sposób zorganizować system zezwoleń na emisję, który ma stać się narzędziem zmuszającym gospodarki do ich redukcji (od jego organizacji zależy, jak duże koszty poniosą poszczególne kraje w związku z programem). W uproszczeniu: pewna część zezwoleń na emisję będzie za darmo, resztę energetyka i przemysł będą musiały kupować – co wpłynie na koszt energii. Rosnące ceny energii powinny z jednej strony skłaniać do ograniczenia zużycia, a z drugiej zachęcać do przechodzenia od tych paliw, których spalanie powoduje największy wyrzut CO2 do atmosfery (ich zużycie stanie się bardziej kosztowne), w stronę tych paliw i metod wytwarzania, które CO2 aż tak wiele nie produkują. A więc, w największym skrócie, przechodzenia od węgla - do gazu (ewentualnie atomu – w tych krajach, które mają na to ochotę), a także od paliw kopalnych – do energii odnawialnej (z wiatru, słońca czy biomasy).
Teoretycznie proste, w rzeczywistości trudne i skomplikowane. Jak zresztą wszystko, co dotyczy zmian klimatu.
No bo tak: klimat się niewątpliwie ociepla, o mniej więcej jeden stopień w ciągu 100 lat (wbrew pozorom to bardzo szybko, jeśli będzie się to kontynuować – efekty mogą być katastrofalne). Ale do końca nie wiadomo, z jakiego powodu (naszej aktywności – czy np. aktywności Słońca). A właściwie to raczej wiadomo – z powodu wzrostu emisji gazów cieplarnianych. Ale nie do wiadomo, których – bo największym z tych gazów jest niewinna para wodna. Ale wiadomo, że o ile na emisję pary wodnej człowiek wielkiego wpływu nie ma, to emisja CO2 niewątpliwie jest związana z naszą działalnością. Ale za to nie wiadomo, czy ograniczając tę emisję akurat w energetyce i przemyśle jesteśmy w stanie cały proces powstrzymać. Ale wiadomo, że pewnie jednak warto to robić, bo koszty zmian klimatycznych byłyby ogromne. Ale nie wiadomo, czy warto by robiła to Unia w sytuacji, gdy produkuje dziś o połowę mniej CO2 niż Chiny (i czy po prostu do Chin nie przeniesie się jeszcze więcej produkcji, z jeszcze większym wzrostem emisji). I tak dale, i tak dalej, i tak dalej. Proste, prawda?
I równie prosto (teoretycznie) wyglądają sprawy w Unii. Wszyscy chcemy czystszego powietrza i lepszego klimatu. Ale jeśli trzeba wybierać między czystszym powietrzem i droższą energią, większość mieszkańców uboższych krajów Unii nie będzie już tak pewna. Ale kto ma za to zapłacić? Brytyjczycy prą w stronę ostrych ograniczeń, bo nie są dla nich kosztowne (ich fabryki od dawna są już przeniesione za granicę), Francuzi – bo i tak mają energię z atomu, a Niemcy – bo są pewni, że więcej zarobią na sprzedaży nowych technologii ograniczających emisję. Dla nas koszty mogą być ogromne, bo szybkie przestawienie energetyki z węgla byłoby bardzo drogie. Nie jest tak, że jedni mają rację, a drudzy nie. Po prostu w równaniu jest zbyt wiele niewiadomych. Rozwiązaniem jest tylko sensowny kompromis.

Opublikowane w Rzeczpospolitej, 24.10.2014