Sensacja! Maszyny zbuntowały się i opanowały Polskę! Spełniają się czarne wizje z książek Philipa Dicka, z Matrixa i Terminatora. Co zrobić, żeby się obronić przed inwazją?
REKLAMA
No i mamy futurologiczny horror godny Philipa Dicka. Oddaliśmy przeprowadzenie wyborów w ręce komputerów, które się zbuntowały i przejęły władzę nad państwem. Same decydują, kiedy pracować-a kiedy nie, same ustalają, które głosy zliczać-a które nie, same albo wysyłają wyniki do Warszawy-albo nie. Pojawiają się poważne powody do podejrzeń, że być może same też ustalą, kto wybory wygrał. To komputerowy zamach stanu! – ostrzegają przerażeni wizją rodem wprost z "Matrixa" patriotyczni politycy, żądając natychmiastowego unieważnienia wyborów oraz odebrania władzy myszom (komputerowym) i oddania jej ponownie narodowi.
Ale na jednym ataku się nie kończy. Zbuntowani elektroniczni terroryści zabrali się jednocześnie za naszego narodowego przewoźnika kolejowego. Bezwzględni jak Terminator, jeździć mu niby pozwalają, ale nie pozwalają sprzedawać biletów. Czarne wizje każą się spodziewać, że już za miesiąc w Polskę ruszą puściutkie pociągi Pendolino (bez pasażerów, ale za to też sterowane przez komputery!). Jedno, co pociesza, że może wówczas przynajmniej nie będzie problemów z wprowadzaniem nowych rozkładów jazdy (przecież po przejęciu władzy nad koleją komputery nie będą przeszkadzać sobie samym).
Wszystkie te futurologiczne wizje brzmią bardzo pociągająco – zbuntowane roboty, przejmujące władzę komputery, szalejący złowrodzy hakerzy, bezradne państwo. Prawda jest niestety znacznie bardziej prozaiczna i smutna.
Po pierwsze, obie te historie (a także wiele innych) świadczą o niesłychanej słabości polskich instytucji publicznych i quasi-publicznych (jak koleje). Nieudolność staje w szranki z konserwatyzmem, brak wiedzy z obawą przed zmianami. Przygotowujący projekty informatyczne nie potrafią nad nimi zapanować, zaplanować odpowiednich środków i czasu na wprowadzenie i przetestowanie systemu. Spotykając się z firmami informatycznymi nie potrafią sprecyzować swoich oczekiwań, wielokrotnie je zmieniając (oczywiście daje to również firmom szansę na łatwe wytłumaczenie się z własnych błędów i opóźnień).
Po drugie, wszystko to pokazuje wadliwe mechanizmy kontrolne paraliżujące realizację projektów. Urzędnicy nie są głupi – jeśli nie przyjmą jako głównego kryterium ceny, NIK przyczepi się do nich przy pierwszej kontroli. Ale za to, że realizacja projektu jest katalogiem wszystkich możliwych błędów, od zbyt niskiego budżetu poczynając, po brak testów kończąc, raczej nikt głowy nie straci. No, może poza kierownictwem PKW (a jak wiadomo, sędziowie w stanie spoczynku i tak sobie w Polsce poradzą).
Po trzecie, w publicznych projektach informatycznych bardzo złą rolę odgrywają unijne pieniądze, za które się je realizuje. Bo jak coś jest za darmo, znika presja na jakość.
No i co z tym robić? Edukować, edukować, edukować ludzi – i reformować instytucje publiczne, aby zwiększyć ich sprawność. Bo bez tego nie trzeba nawet Terminatora, żeby sparaliżować Polskę.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 21/11/2014
