Europa ma do rozwiązania potężny problem. Nie chodzi o mleko, które się już wylało, czyli o nadmierne zadłużenie z którym oczywiście trzeba coś zrobić. Chodzi o poradzenie sobie z zupełnie inną kulturą myślenia o gospodarce na Północy i na Południu. A do tego jeszcze inną na Wschodzie.
REKLAMA
Unia Europejska (a wcześniej EWG) powstała jako wielki projekt stworzenia wspólnego rynku, a w ślad za tym wspólnej europejskiej gospodarki. To właśnie miało dać Europie spójność i dobrobyt, czyniąc z niej światowe supermocarstwo (przynajmniej gospodarcze). I oczywiście dać pokój i współpracę, bo jak się razem korzysta z dobrobytu, z czasem zaprzyjaźnia się z innymi, doceniając u nich drobne różnice i wykorzystując je dla uprzyjemnienia życia. Pracować w Niemczech, ale na wypoczynek jeździć do Grecji.
Dzisiaj to wszystko stanęło jednak pod znakiem zapytania. Nie tylko z powodu zadłużenia państw Południa. Z długiem sprawa jest niemiła, ale w sumie dość prosta. Mleko już się wylało. Niemożliwe do spłacenia długi zostały zaciągnięte, a pożyczone środki przejedzone lub utopione w nietrafionych inwestycjach. Wina za to rozkłada się i na tych, którzy pożyczali (kraje Południa), i na tych, od których pożyczano (kraje Północy), i na tych, którzy pośredniczyli w tym procederze (banki), i na tych, którzy mieli obowiązek to kontrolować (instytucje Unii). Dziś pozostaje znaleźć sposób podziału kosztów tej katastrofy między winnych. Może to następować na trzy sposoby, wszystkie bardzo nieprzyjemne: (1) drogą masowych bankructw (rządów, banków, firm, konsumentów); (2) drogą drastycznych oszczędności, które pozwalają wygospodarować środki na spłatę zadłużenia; (3) drogą inflacji, która pożera znaczną część realnej wartości długów (najłatwiej to osiągnąć skłaniając EBC do pokrycia części długów dodrukiem pieniądza). Z każdą metodą wiąże się inny rozkład kosztów między Południe i Północ (oszczędności uderzają głównie w Południe, inflacja w Północ). Ale jakiś kompromis pewnie w końcu będzie znaleziony.
Większy problem z tym, jak dalej działać. Północ jest przyzwyczajona do twardego pieniądza, oszczędności, dostosowywania konsumpcji i płac do wzrostu wydajności pracy. Południe działa według zasad Greka Zorby: „dzisiaj myślmy o obiedzie, jutro będzie czas myśleć o kopalni”. Do tej pory zakładano, że obie te filozofie gospodarowania da się pogodzić (głównie poprzez „upółnocnienie” mieszkańców Południa – tak, jak w USA mieszkańcy kulturowo francuskiej Luizjany dostosowali się do działania według zasad anglosaskiej Północy). Chwilowo jednak wychodzi na to, że się to nie udaje. Ani wtedy, kiedy można zaciągać długi – ani wtedy, kiedy trzeba ponosić konsekwencje zadłużenia.
To jest właśnie problem. Czy kłopoty euro to wynik wypadku przy pracy? Czy dowód, że nie ma co liczyć na prawdziwie głęboką integrację Północy z Południem Europy? Nie mam gotowej odpowiedzi, ale pytanie jest poważniejsze, niż się zazwyczaj przyznaje.
No i jest pytanie o Wschód. Ponieważ radzimy sobie jak dotąd lepiej od innych, sami wobec siebie uznaliśmy, że w zasadzie należymy do Północy. Myślę, że jest nieco inaczej. Północ jest oszczędna, a do tego odpowiedzialna kiedy trzeba płacić za popełnione błędy. Południe jest rozrzutne, a do tego nieodpowiedzialne. My chyba jesteśmy pośrodku: rozrzutni, ale gotowi płacić za błędy. Ciekawe, czy w naszym przypadku wystarczy to do integracji.
