Nowa Komisja szuka nowych pomysłów na wyrwanie Europy z długoletniej gospodarczej stagnacji. Problem w tym, że szuka ich nie tam, gdzie są prawdziwe problemy.
REKLAMA
Od dwóch dekad los ciężko doświadcza Europę – a zwłaszcza zachodnią część Unii. Najpierw, kiedy Ameryka kwitła – Europa z trudem osiągała byle jaki wzrost gospodarczy. Potem przyszedł kryzys, który znowu uderzył Europę silniej, niż USA. Ledwie wykaraskała się z potężnej recesji w roku 2009, wpadła w nową w latach 2012-13. Ledwie zdołała jako-tako uporządkować problemy zadłużeniowe Południa i tę recesję zakończyć, a już zagraża jej następna.
W różnych obszarach szuka się odpowiedzi na pytanie o receptę na obecne problemy Europy. W Komisji Europejskiej – i wśród rządów – dojrzewa idea, że wszystkiemu winne są pieniądze: zbyt niskie wydatki inwestycyjne i przestarzała infrastruktura. Warto więc sięgnąć po rady starego, poczciwego Keynesa i wygenerować wielki program publicznych inwestycji. Albo na 300 miliardów euro, albo 500 miliardów…
Problem w tym, że taki pomysł nie wydaje się odpowiadać skali wyzwań. Pieniądze oczywiście da się z rynku zebrać dzięki dobrej inżynierii finansowej, zwłaszcza że wcale ich w Europie nie brak. Ale, po pierwsze, nie będą to pieniądze gigantyczne, zdolne rozruszać gospodarkę (i cóż z tego, że dwa-trzy razy wyższe niż Plan Marshalla, skoro dzisiaj stanowią odpowiednik zaledwie 0,2-0,3% unijnego PKB!). A po drugie, głównym kłopotem Europy nie są zbyt niskie inwestycje publiczne, ale zbyt niskie inwestycje prywatne (firm). I mało prawdopodobne, by nawet spory program rozwoju infrastruktury miał to zmienić.
No dobrze, mówią inni. Problem to nie same pieniądze. Problemem jest tzw. narracja, czyli sposób w jaki Europejczycy mówi o Europie (kto jeszcze nie zna tego słowa, radzę je zapamiętać – staje się dziś bardzo modne). Jak amerykańska waluta się wzmacnia– Amerykanie mówią: wspaniale, to pokazuje jak wysokie jest zaufanie świata do gospodarki USA. Jak się osłabia – mówią: świetnie, wesprze to znakomicie nasz eksport. A w Europie, cokolwiek się dzieje, wszyscy dziś mówią: o, proszę, tak jak tego oczekiwaliśmy, włąśnie nadciąga kolejna katastrofa! Przy takiej pesymistycznej narracji nic dziwnego, że firmy nie chcą inwestować, a gospodarka nie chce rosnąć. Co z tym zrobić? Ano wystarczy wynająć kilku dobrych specjalistów od komunikacji, zmienić narrację i wszystko będzie dobrze.
I tak, i nie. To prawda, w Europie brakuje inwestycji, a europejska narracja jest przygnębiająca. Ale to wszystko nie wzięło się znikąd. Przez minione dekady w Europie nie udało się przełamać narodowych egoizmów w stopniu, który pozwoliłby na prawdziwą, pełną integrację wspólnego rynku. Nie udało się wypracować skutecznych sposobów sprawnego podejmowania decyzji w ramach Unii (zarówno w sytuacji zagrożeń ekonomicznych, jak politycznych). Nie udało się zreformować anachronicznych systemów zabezpieczenia społecznego. I nie udało się rozbudzić w młodych ludziach ducha przedsiębiorczości i innowacyjności.
To są prawdziwe problemy Europy, które trzeba rozwiązać. Bo bez ich rozwiązania nie pojawi się zaufanie – prawdziwy magiczny klucz do rozwiązania europejskich problemów.
Opublikowane W Rzeczpospolitej, 28.11.2014
