O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Prymat bazy nad nadbudową

Wybory prezydenckie - i to, co mówią kandydaci - ma głębszy sens gospodarczy, niż się może na pierwszy rzut oka wydawać.


O ekonomicznych efektach wyborów prezydenckich da się powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, że choć wzbudzają wiele emocji, nie wydają się mieć fundamentalnego znaczenia dla gospodarki. Politykę gospodarczą kształtuje w Polsce rząd, a nie prezydent, więc z tego punktu widzenia majowe wybory są znacznie mniej ważne, niż wybory jesienne. Nie jest to zresztą do końca prawda. Prezydent posiada potężne narzędzie wpływu na sytuację, jakim jest weto. Może je stosować do wszystkich ustaw, z wyłączeniem budżetu. Jak długo między prezydentem i rządem panuje zgodna współpraca, nie ma to aż takiego znaczenia. Gdyby jednak złożyło się tak, że między obu ośrodkami władzy zapanowałaby niechęć, weto mogłoby zmienić się w niezwykle skuteczną broń, radykalnie krępującą swobodę działania rządu w zakresie polityki gospodarczej.


Druga rzecz jest jednak znacznie ważniejsza. Otóż głównym przedmiotem sporu w tych wyborach są zasadnicze różnice ideowe między głównymi kandydatami. Możemy podśmiewać się z oskarżeń kierowanych przez Andrzeja Dudę w stosunku do Bronisława Komorowskiego, że chce on w tajemnicy wprowadzić od przyszłego roku euro w Polsce. Oczywiście, że w sensie dosłownym jest to absurd. Ale to, co mówi kandydat PiS, to jasny przekaz: obecnie urzędujący prezydent jest zadeklarowanym zwolennikiem integracji europejskiej. Jego rywal jest eurosceptykiem. A wprowadzenie euro jest w tej całej debacie tylko chwytem retorycznym, który tę zasadniczą różnicę ideową uwypukla.


Takie właśnie podejście do wyborów prezydenckich, czyniące z nich rodzaj powszechnego referendum w zasadniczych sprawach rozwojowych kraju, zapoczątkował w roku 2005 Lech Kaczyński. Przeciwstawiał swoją wizję „Polski solidarnej” - „Polsce liberalnej” rywala. I nie chodziło tu o szczegóły, ale o ogólną ocenę tego, jak zmienił się nasz kraj w okresie transformacji. Zaskoczony Donald Tusk nie bardzo wiedział, jak na to zareagować i wybory przegrał (z lekką pomocą dziadka z Wermachtu).


Dziś mamy przed sobą podobny typ referendum, choć teraz żaden z kandydatów nie jest zaskoczony. Bronisław Komorowski walczy o głosy tych wszystkich Polaków, którzy uważają, że minione 25 lat było wielkim sukcesem naszego kraju, a wolny rynek, liberalna demokracja i integracja europejska były najlepszym wyborem (co oczywiście nie oznacza, że uważają dzisiejszą Polskę za raj). Andrzej Duda walczy z kolei o poparcie tych wszystkich, którzy w przemianach ostatniego ćwierćwiecza widzą równie dużo ciemnych stron jak jasnych, boją się rynku, nie ufają Unii, nie akceptują znacznej części zmian gospodarczych i społecznych (co pewnie nie oznacza, że chcieliby prostego powrotu do przeszłości).

I oto, paradoksalnie, zasadniczym dylematem wyborów prezydenckich staje się właśnie fundamentalny wybór ekonomiczny. Cóż, staruszek Marks cieszyłby się, że baza znów jest silniejsza od nadbudowy.





Opublikowane w Rzeczpospolitej, 17.04.2015

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0O pracy w tym miejscu marzą setki osób. Tylko oferta dla stolarza wzbudziła drwiny
Bella Happy Pants 0 0Mniej powodów do zmartwień. 5 gadżetów – twoje dziecko będzie bezpieczniejsze
0 0Powiedzieli "sprawdzam". Oto, co się stało ze 100 obietnicami partii Kaczyńskiego
0 0Przestajemy wierzyć, że może być inaczej. Polacy wiedzą, kto wygra wybory
WYBORY2019 0 0Pozwolił powiesić plakaty kandydata PiS i teraz żałuje. "Popełniłem błąd i właśnie za niego płacę"
0 0Parodiował niepełnosprawnych? Pszoniak: Trzeba się puknąć w głowę!