To ciekawe, jak w ogólnonarodowej dyskusji o wyborze dostawcy rakiet i helikopterów dla armii pomijane jest to, co w zakupach broni powinno byc najważniejsze.
REKLAMA
Polska podjęła właśnie strategiczną decyzję o wyborze systemu przeciwrakietowego i nowego helikoptera dla armii. W rakietach Amerykanie wygrali z Francuzami, w śmigłowcach Europejczycy z Amerykanami.
Decyzja, jak można było się spodziewać, wywołała natychmiast burzę komentarzy i protestów. Przegrani oskarżają Polskę o to, że względy polityczne przeważyły nad militarno-technicznymi. Wygrani bronią się twierdząc, że zaoferowali najnowocześniejszy sprzęt, który najlepiej spełniał wymogi konkursowe. Związki zawodowe protestują przeciwko wyborowi, grożącemu utratą miejsc pracy w polskich fabrykach śmigłowców. Popierają ich zagraniczni właściciele tych fabryk, wytykając szkodliwy pomysł zakupu w firmie, która nie ulokowała w naszym kraju produkcji. A ta z kolei twierdzi, że produkcję u nas ma zamiar ulokować.
W przypadku rozstrzygania wielkich kontraktów zbrojeniowych nie ma jednak prostych decyzji. Z każdym wyborem wiążą się jednocześnie ważne czynniki militarne, polityczne i gospodarcze. A złośliwość losu chce, że te trzy pola nie chcą się zazwyczaj ze sobą pokrywać: wybór najlepszy z jednego punktu widzenia, jest gorszy z innego.
Czynniki techniczno-militarne każą szukać sprzętu, który najbardziej pasowałby wojskowym. Chcą szybko dostać do ręki jak najnowocześniejszą broń, wszystko jedno czy robioną w kraju, czy za granicą – i czy wymyśloną po tej, czy tamtej stronie Atlantyku.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy wybór militarny nie pokrywa się z politycznym. Wielomiliardowe zakupy broni to również szansa na ściślejsze związanie kraju z jego sojusznikami. Firmy zbrojeniowe zawsze intensywnie lobbują u swoich rządów – nie oznacza to, że z powodu takiego a nie innego wyboru stracimy na zawsze sprzymierzeńca, ale na atmosferę międzysojuszniczą może to poważnie wpłynąć (negatywnie lub pozytywnie).
No i wreszcie mamy problem ekonomiczny – oczywiście chciałoby się, by kosztowny zakup broni przysporzył korzyści własnej gospodarce, co pozwala faktycznie zmniejszyć jej obciążenie całą transakcją. Związkowcy uważają, że ten czynnik powinien być decydujący – wojskowi mogą przytoczyć w odpowiedzi wiele niesławnych historii o tym, jak to przesadne kierowanie się tym czynnikiem dało kiepskie efekty (od samolotu Iryda i korwety Gawron poczynając). Ale racją jest, że rozwój własnego, nowoczesnego i konkurencyjnego przemysłu obronnego na dłuższą sprawę służy podniesieniu obronności kraju.
Każda podjęta decyzja musi być kompromisem między trzema wymiarami decyzji. Pamiętajmy jednak, że koniec końców broń musi przede wszystkim służyć obronie kraju. Polska w latach 1930-tych podjęła decyzję o tym, by nie kupować myśliwców za granicą, ale włożyć cały wysiłek w rozwój własnego przemysłu. A w konsekwencji, na wrześniowym niebie nasze przestarzałe PZL P.11 musiały podjąć beznadziejną walkę z nowocześniejszymi o generację niemieckimi Me-109.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 24.04.2015
