Pewien młodm człowiek zapytał Bronisława Komorowskiego: „Moja siostra jest po studiach, znalazła pracę po 3 latach i zarabia 2 tysiące. Jak ma kupić mieszkanie?”. Poniżej to, co sądzę, że należało uczciwie odpowiedzieć. I dla jasności: doskonale wiem, że dużej liczbie osób taka odpowiedź bardzo się nie spodoba. Trudno, na szczęście nie kandyduję na prezydenta i mogę sobie na to pozwolić.
REKLAMA
W czasie spaceru po Warszawie, prezydent Komorowski wdał się w rozmowę z młodym człowiekiem, który zapytał: „Moja siostra jest po studiach, znalazła pracę po 3 latach i zarabia 2 tysiące. Jak ma kupić mieszkanie?”. Prezydent odpowiedział: „Musi znaleźć inną pracę i wziąć kredyt”.
Media miały wiele uciechy. W kampanii liczy się wypowiedź szybka, wpadająca w ucho, choćby nawet była bezwstydnym kłamstwem („jak będę rządził, podwoję wszystkie płace i każę bankom dawać bezzwrotne kredyty”). Prezydent takiej odpowiedzi nie znalazł. Zapominając jednak o wymogach kampanii – co powinien był powiedzieć, jeśli chciałby udzielić odpowiedzi rzetelnej i uczciwej?
Powinien był powiedzieć coś takiego.
„Młody człowieku! W tym, co mówisz jest oczywiście sporo racji. Ale jest też wiele nieporozumień, które pokazują trochę obecne zagubienie polskiego społeczeństwa.
Mówisz, że twoja siostra zarabia 2 tysiące. Nie ma wątpliwości, że to bardzo mało. Jeśli rzeczywiście jest dobrze wykształcona, to przede wszystkim skandalem jest, że musiała szukać pracy przez 3 lata. Jest to oczywiście nasze wspólne zaniedbanie i skutek odwlekania gruntownych reform rynku pracy (którym, nota bene, zaciekle sprzeciwiały sie też związki zawodowe). Ale jest to również efekt powolnych reform edukacji (pracodawcy być może wcale nie są aż tak zachwyceni dyplomem, który pokazuje twoja siostra).
Czy jej pensja jest zbyt niska? W kraju, w którym średnia pensja wynosi 4 tysiące brutto (2800 na rękę), niestety wygląda na normalną. A owe 4 tysiące brutto (które jeszcze trzeba obciążyć składkami na ZUS) to również, niestety, normalność w kraju, którego PKB na głowę mieszkańca (czyli wszystko to, co kraj wytwarza) wynosi miesięcznie 3700 złotych. W Niemczech płace są wyższe nie dlatego, że ktoś tak zdecydował, ale dlatego że PKB jest znacznie wyższy. Bez zwiększenia PKB nie da się zwiększyć płac. Pardon, można dodrukować pieniędzy i płace od jutra nominalnie zwiększyć i 10 razy. Ale wtedy wybuchnie inflacja i za pół roku za ową płacę kupić będzie można bilet tramwajowy. Trwałym rozwiązaniem jest tylko realny wzrost PKB, który staram się wspierać.
A twój argument o tym, że siostra nawet nie może kupić za to mieszkania? Odpowiedź jest przykra, ale prawdziwa: w dość ubogim kraju należy uznać za smutną oczywistość fakt, że dwudziestolatka w pierwszej pracy nie stać na zakup mieszkania. Zresztą nie łudź się – jeśli wyemigruje, też nikt jej szybko kredytu nie da. Na własne mieszkanie trzeba ciężko zapracować, w Polsce ciężej, niż w bogatszych krajach”.
Taka odpowiedź znaczyłaby tyle: młody człowieku, mówisz o swoich aspiracjach, nie zastanawiając się nad tym jakie są realne możliwości kraju. Taka odpowiedź na pewno nie przysporzyłaby głosów wyborczych. Bo najwyraźniej z ust polityków Polacy chcą słuchać kłamstw. A potem narzekają.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 15.05.2015
