Kilka słów o fenomenie "partii znikąd" - u nas Pawła Kukiza, w Grecji Syrizy, w Hiszpanii Podemos. No i o ich wpływie na przyszłośc gospodarczą.
REKLAMA
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Kiedy PO i PiS tkwią od lat w śmiertelnym zwarciu, nagle na potęgę zaczął wyrastać ruch Pawła Kukiza. Ruch bez specjalnego programu, bez planów działania. Jego jedyną jasną propozycją jest zmiana zasad wyborczych i wprowadzenia okręgów jednomandatowych. Ale tak naprawdę, to wielkie hasło tego ruchu i jego - głównie młodych - wyborców brzmi: nie podoba nam się to, co się w Polsce dzieje. Nie podobają nam się umowy śmieciowe, nie podobają nam się niższe niż w Niemczech i Wielkiej Brytanii płace, nie podobają nam się kłopoty ze znalezieniem pierwszej pracy, nie podoba nam się to, że wszystkie co lepsze stanowiska w polityce i gospodarce okupują starsi, którym się udało zająć je jeszcze w latach 1990-tych. Żadnych konkretnych pomysłów na naprawę sytuacji nie mamy. Na razie wiemy, że chcielibyśmy wysadzić w powietrze cały ten system polityczny i gospodarczy. A co będzie potem, to się zobaczy.
Czy ruch Pawła Kukiza jest meteorem, który przemknął po niebie w czasie wyborów prezydenckich i zniknie do wyborów parlamentarnych? Bardzo wątpię. Sądzę raczej, że zdobędzie on znaczną liczbę mandatów w przyszłym Sejmie (skuteczną przeszkodą na tej drodze byłoby tylko przeprowadzenie wyborów w oparciu o jednomandatowe okręgi, bo jest to właśnie recepta na zacementowanie sceny politycznej i podział między dwie główne partie – choć Paweł Kukiz wierzy, że jest dokładnie odwrotnie). Siłą tego ruchu jest frustracja, która szybko się nie zmniejszy – bo niewątpliwie wiele rzeczy nie działa w Polsce tak jak powinno, bo trwający wciąż na świecie kryzys bardzo ogranicza nasze tempo rozwoju, bo jeszcze przez wiele dekad nie dogonimy poziomem płac Niemców, bo młodzi ludzie są święcie przekonani, że pokolenie ich rodziców miało 25 lat temu bajecznie łatwe życie i karierę, a tylko im świat rzuca teraz kłody pod nogi.
Nie jest to zresztą tylko fenomen polski. W umęczonej kryzysem Grecji tradycyjne główne partie przeskoczyła lewacka Syriza, której głównym hasłem było: mamy dość oszczędności i dość zawodowych polityków! We Włoszech jedną czwartą głosów zdobyło w wyborach ugrupowanie komika Beppe Grillo, którego program brzmiał: żadnych układów z obecnymi partiami, chcemy demokracji bezpośredniej za pomocą internetu! W Hiszpanii na trzecią siłę wyborczą (również z poparciem ponad 20%) wyrasta lewicowy ruch Podemos, krzyczący: precz z zawodową polityką, niech żyje anarchia! We Francji i Wielkiej Brytanii w górę idzie za to poparcie dla populizmu prawicowego, ale równie radykalnego w swoim proteście wobec dotychczasowej polityki.
Z partiami protestu przyjdzie nam pewnie w Europie żyć przez wiele lat. Będą manifestować, utrudniać rządzenie krajem, nie będą zawierać żadnych trwałych koalicji ani proponować żadnych konkretnych rozwiązań. A kiedyś pewnie po prostu znikną.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 22.05.2015
