O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Kłamstwa i prawdy o wieku emerytalnym

W sprawie wieku przechodzenia na emeryturę społeczeństwo ma prawo dokonać takiego wyboru, jaki tylko chce. Oczywiście pod warunkiem, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Poniżej moje podsumowanie najważniejszych problemów związanych ze zmianą wieku emerytalnego w Polsce. Jak zwykle, wywoła zapewne kilka bardzo nieprzychylnych dla mnie komentarzy... Trudno.


„Precz z pracą do śmierci!”. Pod takim właśnie hasłem przemawiają jednym głosem związki zawodowe, pod takim hasłem podpisuje się przygniatająca większość Polaków, takie hasło poparł prezydent-elekt, deklarując chęć ponownego obniżenia wieku emerytalnego. Przeciwnego zdania jest garstka nudnych ekonomistów, których nietrudno przegłosować.


Jak to jest z wiekiem emerytalnym, koniecznością jego zmian i niewyobrażalną pracą „do śmierci”? Jest to mieszanina kłamstwa i prawdy. Kłamstwa dlatego, że przesunięcie wieku emerytalnego do 67 lat nie oznacza wcale pracy „do śmierci”. Obecnie Polak, który dożył tego wieku ma przed sobą kilkanaście lat życia (Polka około dwudziestu). To właśnie wydłużająca się przeciętna długość życia (tylko w ciągu ostatnich 20 lat wzrosła ona o 3 lata) powoduje, że z systemem emerytalnym trzeba coś zrobić – albo Polacy muszą pogodzić się z dłuższą pracą, albo z jeszcze niższymi emeryturami. Przypomnę też, że ów wymarzony wiek emerytalny 6o lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn ustalono cały wiek temu, kiedy ludzie naprawdę żyli 20 lat krócej niż dziś, a cały system utrzymywać się dawało do tej pory w jakim-takim stanie (tzn. bez drastycznego spadku relacji emerytur do płac) tylko dlatego, że przez całe dziesięciolecia ilość pracowników rosła szybciej niż emerytów. W pewnym sensie była to więc piramida finansowa: coraz więcej ludzi wpłacało do puli. Teraz jest i będzie odwrotnie – sorry, taką mamy demografię.


Z drugiej strony, w protestach jest i spore ziarno prawdy. Nie chodzi przecież o to, by ludzie nie dostawali przed 67 rokiem życia emerytur, ale by dłużej pracowali! Innymi słowy, by była dla nich praca. Koronnym argumentem związków zawodowych przeciw przesuwaniu wieku przechodzenia na emeryturę jest to, że pracy może dla nich nie być. Jest to prawda na dzień dzisiejszy – mamy wciąż w Polsce spore bezrobocie, choć specjaliści od rynku pracy twierdzą, że jego znaczna część ma charakter strukturalny – nie tyle nie ma dla wszystkich pracy, co raczej pewna część szukających pracy nie ma odpowiednich kwalifikacji i dlatego pracy znaleźć nie może. Ale nie ma też wątpliwości, że przy lepiej działającej edukacji, sprawniejszym pośrednictwie pracy, większej dbałości o to, by wzrost gospodarczy przekładał się na miejsca pracy (w Skandynawii nazywa się to polityką „flexicurity”), bezrobocie w Polsce mogłoby być znacznie niższe. Zwłaszcza, że ilość Polaków w wieku produkcyjnym będzie w najbliższych dekadach spadała (nawet jeśli uda się powstrzymać falę emigracyjną) – a to szybko może zmienić nas w kraj niedoboru rąk do pracy.


Dwie prawdziwe informacje o zmianach wieku emerytalnego są takie. Po pierwsze, można go nie podwyższać (albo i cofnąć już wprowadzoną podwyżkę) – ale ceną będzie jeszcze większy, drastyczny spadek relacji emerytur do płac. Po drugie, zmiany wieku emerytalnego mają sens tylko wtedy, kiedy towarzyszyć im będą takie reformy rynku pracy, które doprowadzą do radykalnego spadku bezrobocia. Ale o tych wszystkich sprawach mało kto ma w Polsce ochotę mówić. Ważne jest tylko – 67 czy 65?






Opublikowane w Rzeczpospolitej, 4/06/2015