O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Antygona a sprawa polska

Bankructwo Grecji wydaje się coraz bardziej prawdopodobne. Więc czas spróbować odpowiedzi na pytanie - co to oznacza dla Polski?


Parę miesięcy temu pisałem o greckim dramacie zadłużeniowym, porównując go z „Antygoną” Sofoklesa. Zdrowy rozsądek mówi, że musi być jakieś rozwiązanie możliwe do zaakceptowania dla Grecji i jej wierzycieli. Ale w antycznej tragedii zdrowy rozsądek zawodzi, wszystkim rządzi fatum, a akcja zmierza do nieuchronnej katastrofy. Co to może oznaczać dla Polski?


Jeszcze raz przypomnę sens tego problemu. Polega on na tym że kiedyś popełniono błędy, które powodują że dziś nie ma dobrego rozwiązania. Każda postać dramatu postępuje zgodnie ze swoim najlepszym rozumieniem sytuacji, uważając, że nie ma innego wyjścia. Tyle, że ich warunki brzegowe nie zazębiają się o siebie – w języku teorii gier powiedzielibyśmy, że pola możliwych do akceptacji przez poszczególne strony rozwiązań są rozłączne, realizacja minimalnych wymogów jednej strony powoduje, że druga nie jest w stanie ich zaakceptować. A wtedy oczywiście rozsądnego rozwiązania nie ma.


W starożytnym greckim dramacie stronami są Kreon i Antygona. W obecnym są to kanclerz Niemiec i premier Grecji, wspierani przez innych uczestników dyskusji.

Greccy negocjatorzy mówią: ludzie wybrali nas, bo obiecaliśmy że program oszczędnościowy będzie złagodzony. Możemy rozmawiać o wielu rzeczach, ale nie o dalszych cięciach emerytur czy płac. Zredukujcie nam dług i pozwólcie na wzrost wydatków.

Niemcy odpowiadają: chcecie pieniędzy naszych podatników. No cóż, wiemy, że całości pożyczonych pieniędzy nie zwrócicie. Ale musicie dać nam do ręki argumenty za dalszą pomocą. A argumentem jest dalsze oszczędzanie (sama redukcja długu nie jest aż tak ważna). Co ciekawe, najgoręcej popierają teraz Niemców w ich rozumowaniu Hiszpanie. Jeśli ustąpicie Grekom, mówią, nigdy nie przekonamy naszych obywateli, że zrobili słusznie godząc się na oszczędności. A wybory w Hiszpanii – prawdziwa nemesis – już niedługo…


Nie chodzi więc wcale o redukcję długu. Chodzi o symboliczną zgodę Grecji na dalsze oszczędności, w zamian za pomoc (i zapewne redukcję długu). Ale akurat na to akurat Grecy nie mogą się zgodzić. Więc dramat Antygony trwa, a nieszczęśliwy koniec jest coraz bliższy.

Negocjacje zostały faktycznie zerwane, a krótki czas pozostający do kolejnej spłaty rat zadłużenia nieubłaganie mija. Greccy negocjatorzy wydają się być pewni, że strefa euro nie może sobie pozwolić na bankructwo Aten, bo pociągnie to za sobą dramatyczny kryzys finansowy w całej Europie. Siedzący po drugiej stronie wierzyciele patrzą na to całkiem inaczej – ustępstwa wobec Grecji, choć finansowo do wyobrażenia, dałyby wszystkim sygnał, że od tego momentu nie trzeba już oszczędzać i spłacać długów. Co byłoby nie do zaakceptowania ani przez Niemców (którzy by na tym stracili pieniądze), ani przez rządy Hiszpanii czy Portugalii (które straciłyby wiarygodność w oczach własnych obywateli).

Jeśli sprawdzą się czarne scenariusze (dziś coraz bardziej prawdopodobne), pomiędzy Grecją, a jej wierzycielami nie uda się osiągnąć porozumienia. To musi doprowadzić do bankructwa – bo po prostu w którymś momencie (zapewne na przełomie czerwca i lipca) Grecji fizycznie zabraknie pieniędzy na wydatki. Co to oznacza dla nas?

Jeszcze 2-3 lata temu to, co dziś mówią Grecy (ryzyko, że bankructwo Aten pociągnie za sobą falę bankructw kolejnych krajów Południa) wyglądało całkiem przekonująco. Zaraz po bankructwie Grecji, dramatycznie poszybowałyby w górę odsetki, których inwestorzy żądaliby of Portugalii, Hiszpanii i Włoch, stawiające te kraje pod ścianą i tworząc atmosferę katastrofy. Oczywiście jednocześnie zaczęłaby się „ucieczka do bezpieczeństwa” – gwałtowne wycofywanie kapitału z krajów uważanych za bardziej „ryzykowne” (w tym z Polski) do tych, które uważano by za „bezpieczne” (USA, Szwajcarii, Niemiec). Efektem stałoby się gwałtowne osłabienie kursu złotego, stawiające w trudnej sytuacji już nie tylko naszych frankowiczów, ale być może również niektóre banki. W ślad za tym mógłby więc przyjść najpierw kryzys finansowy na miarę roku 2008, a potem recesja.

Na nasze szczęście Grecy się mylą. Od czasu, gdy Europejski Bank Centralny dostał zgodę na skup z rynku ogromnych ilości obligacji krajów strefy euro (poza greckimi), bankructwo Aten nie zagraża już stabilności pozostałych krajów. Oczywiście konsekwencje będą ciężkie dla samej Grecji – paraliż sektora bankowego, prawdopodobne natychmiastowe wyjście ze strefy euro, recesja – ale inne kraje przetrwają zamieszanie bez większych strat. Zapewne złoty się znacząco osłabi (waluty nie lubią niepokojów!) – ale tylko czasowo. Zaryzykuję twierdzenie, że po dwóch miesiącach kurs powróci do poziomu sprzed kryzysu.

Słowem, greckie bankructwo na pewno odczujemy. Ale wielkiej katastrofy dla Polski z tego nie będzie.


Kompilacja tekstów opublikowanych w Reczpospolitej 12 i 19.06.2015