Nie wiemy jeszcze kto będzie nowym ministrem finansów - ale na pewno czeka go ciężka robota. A im bardziej profesjonalnego kandydata znajdzie PiS, tym robota bedzie cięższa.

REKLAMA
Nie ma co zazdrościć roboty przyszłemu ministrowi finansów - ktokolwiek nim będzie. A nie mam wątpliwości, że na to stanowisko zostanie powołany w nowym rządzie ktoś kompetentny, profesjonalny, o znanym nazwisku. W dzisiejszym świecie wszyscy wiedzą, że zaufanie ze strony uczestników rynku jest potężnym atutem każdego rządu - zaufanie, którego lepiej nie wystawiać na ryzyko przez lekkomyślne wybory personalne.
Życie nowego ministra finansów zacznie się dość przyjemnie - będą miłe rozmowy, kamery telewizyjne i lampka szampana u prezydenta, kurtuazyjne powitanie przez odchodzącego Mateusza Szczurka. Będzie nowy gabinet, będzie trzeba ustawić na biurku zdjęcia rodziny. Będzie kolejka mediów, proszących o wywiady.
Problemy ministra finansów zaczną się niewiele później. Kiedy tylko przekroczy próg gabinetu, z miejsca przejmie poważne i niełatwe dziedzictwo. Po pierwsze, odziedziczy już przygotowany budżet, jak to zwykle bywa - napięty i bez poważniejszych rezerw. Ale po drugie (i znacznie ważniejsze) przejmie też obietnice wyborcze Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby to zależało od niego, zaproponowałby pewnie rozłożenie realizacji tych obietnic w czasie, dostosowanie ich skali do dzisiejszych możliwości finansowych państwa, potraktowanie ich raczej jako ogólnego kierunku przyszłych zmian, a nie konkretnych i z miejsca wymagalnych zobowiązań finansowych. Ale pewnie nawet nie będzie próbował o to wnioskować. Obietnice są, determinacja zwycięskiej partii by je wprowadzać jest, pola manewru brak. Całą swoją uwagę minister będzie musiał skoncentrować na tym, by się nie dać wciągnąć w kolejne wielkie wydatki (a telefony w tej sprawie ze strony innych ministrów nie będą milknąć). I by próbować zrealizować te plany, które dadzą mu dodatkowe dochody.
Ale to dopiero początek problemów. Praktyka uczy, że obietnice dotyczące wydatków minister będzie musiał szybko zrealizować (oby tylko udało mu się wybronić przed kolejnymi!), a plany wzrostu dochodów da się zrealizować w najlepszym razie tylko częściowo. Więc pojawi się prawdopodobnie dodatkowy deficyt i konieczność nowelizacji budżetu. Większość sejmowa ją poprze, ale mniejszość będzie miała jedną z pierwszych dobrych okazji, by się na nowym ministrze wyżyć.
A potem mogą przyjść dalsze problemy ministra finansów. Jeśli deficyt wzrośnie, Komisja Europejska groźnie warknie, sugerując ponowne objęcie Polski procedurą nadmiernego deficytu (co teoretycznie po kilki latach może grozić ograniczeniem dostępu do funduszy unijnych). Jeśli pojawi się poczucie, że fundamenty finansów państwa osłabły, wzrosną też koszty obsługi długu publicznego. Jeśli koniunktura będzie dość słaba (a na to wygląda), pierwszym winnym będzie właśnie on.
Ot, życie ministra finansów…
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 29.10.2015