Kiedy Polsce i Ukrainie przyznano organizacje EURO, w komentarzach mogliśmy wyczytać że jest to gwarancja gospodarczego sukcesu. Potem nastrój się zmienił – miała to być gwarancja finansowej klęski. Teraz zdania są podzielone.
REKLAMA
Pamiętam, że kiedy Polsce i Ukrainie przyznano organizacje EURO, nastąpiła eksplozja entuzjazmu. Dziennikarze pisali, że jest to szansa na cywilizacyjny skok (poparty dziesiątkami miliardów złotych inwestycji, które rzekomo mieliśmy bezpośrednio zawdzięczać EURO – choć 90% tych inwestycji została zaplanowana zanim jeszcze zgłosiliśmy kandydaturę), ówczesna pani minister finansów twierdziła, że jest to gwarancja wysokiego rozwoju przez wiele lat, a zamówiony przez spółkę realizującą imprezę raport szacował, że z nawiązką zwróci ona poniesione koszty.
Potem było gorzej – najpierw rosło przekonanie, że EURO nam w ogóle odbiorą, bo nie wybudujemy stadionów. Potem, że nie powstaną na czas żadne drogi ani lotniska. Ostatnio sytuacja uległa lekkiemu uspokojeniu – po pierwsze wiemy, że impreza na pewno się odbędzie; po drugie wiadomo, że część inwestycji się udała (lotniska, część dróg). „Gospodarska wizyta” premiera na budowach wywołała tylko masowe kpiny mediów (oczywiście gdyby jej nie zrobił, media komentowałyby że „nawet się nie pofatygował żeby przed EURO je obejrzeć”), ale niewątpliwie katastrofy nie ma. Ale oczywiście to nie to, czego oczekiwano: coraz częściej stwierdza się, że prawdziwy rachunek za EURO zapłacimy dopiero po imprezie, kiedy trzeba będzie utrzymywać piekielnie drogie stadiony.
Prawda jest natomiast taka:
- Po pierwsze, wielkie imprezy sportowe (olimpiady, mundiale, euro) nie mają szansy się same bezpośrednio sfinansować, zwłaszcza wtedy kiedy znaczną część infrastruktury sportowej trzeba budować od zera (a tak było w Polsce). Jeśli zresztą nawet są zyski, zgarnia je monopolista dyktujący warunki finansowe (MKOl, FIFA, UEFA). Wiedzą o tym wszyscy ekonomiści zajmujący się sportem – z tego punktu widzenia nasz optymistyczny raport o korzyściach z EURO był raczej humorystyczny i pisany „ku pokrzepieniu serc”.
- Po drugie, długookresowe koszty utrzymania infrastruktury są nawet większym problemem, niż jej wybudowanie. Z tego punktu widzenia nasze przygotowania do EURO są, w najlepszym razie, dalekie od optymalności – powstały stadiony bez planowanych centrów biznesowych.
- Po trzecie, długofalowe korzyści gospodarcze z takich imprez leżą gdzie indziej, w generalnej poprawie wizerunku kraju (jeśli oczywiście taka następuje) i w poprawie nastrojów mieszkańców (jeśli oczywiście ich drużyna się nie skompromituje). Zobaczymy.
- Po czwarte, w naszym przypadku możemy jednak liczyć na więcej korzyści. Choć głównym przedmiotem kpin ze strony prasy jest brak 20 km autostrady A2, należałoby się raczej cieszyć że jak nie w czerwcu, to jesienią autostrada będzie gotowa. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie EURO, byłaby ona gotowa najwcześniej za 2 lub 3 lata. A każdy rok braku przejezdnych dróg to dla nas wymierne straty w postaci inwestycji, które nie zostają w Polsce zrealizowane z powodu złej infrastruktury. A ohydne dworce kolejowe to gwarancja, że turysta który tu przypadkiem trafił już nie wróci. Innymi słowy, dzięki EURO inwestycje infrastrukturalne z pewnością zostały przyspieszone, a to na pewno spora korzyść.
- Po piąte, miało to spore znaczenie dla utrzymania w kraju wzrostu gospodarczego w warunkach globalnego kryzysu.
- Po szóste, nawet samych stadionów nie traktowałbym wyłącznie w kategoriach „kosztownego luksusu”. W końcu kraj o 38 mln mieszkańców naprawdę powinien mieć te kilka przyzwoitych obiektów sportowych, a 40-tys. stadiony w milionowej wielkości aglomeracjach miejskich naprawdę nie wydają się przesadą. Warunek jest jeden – w ślad za EURO trzeba by zreformować polski futbol, tak żeby zamiast nędznej kopaniny stał się przynoszącą zyski i dostarczającą przyzwoitej rozrywki gałęzią gospodarki*.
- Po pierwsze, wielkie imprezy sportowe (olimpiady, mundiale, euro) nie mają szansy się same bezpośrednio sfinansować, zwłaszcza wtedy kiedy znaczną część infrastruktury sportowej trzeba budować od zera (a tak było w Polsce). Jeśli zresztą nawet są zyski, zgarnia je monopolista dyktujący warunki finansowe (MKOl, FIFA, UEFA). Wiedzą o tym wszyscy ekonomiści zajmujący się sportem – z tego punktu widzenia nasz optymistyczny raport o korzyściach z EURO był raczej humorystyczny i pisany „ku pokrzepieniu serc”.
- Po drugie, długookresowe koszty utrzymania infrastruktury są nawet większym problemem, niż jej wybudowanie. Z tego punktu widzenia nasze przygotowania do EURO są, w najlepszym razie, dalekie od optymalności – powstały stadiony bez planowanych centrów biznesowych.
- Po trzecie, długofalowe korzyści gospodarcze z takich imprez leżą gdzie indziej, w generalnej poprawie wizerunku kraju (jeśli oczywiście taka następuje) i w poprawie nastrojów mieszkańców (jeśli oczywiście ich drużyna się nie skompromituje). Zobaczymy.
- Po czwarte, w naszym przypadku możemy jednak liczyć na więcej korzyści. Choć głównym przedmiotem kpin ze strony prasy jest brak 20 km autostrady A2, należałoby się raczej cieszyć że jak nie w czerwcu, to jesienią autostrada będzie gotowa. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie EURO, byłaby ona gotowa najwcześniej za 2 lub 3 lata. A każdy rok braku przejezdnych dróg to dla nas wymierne straty w postaci inwestycji, które nie zostają w Polsce zrealizowane z powodu złej infrastruktury. A ohydne dworce kolejowe to gwarancja, że turysta który tu przypadkiem trafił już nie wróci. Innymi słowy, dzięki EURO inwestycje infrastrukturalne z pewnością zostały przyspieszone, a to na pewno spora korzyść.
- Po piąte, miało to spore znaczenie dla utrzymania w kraju wzrostu gospodarczego w warunkach globalnego kryzysu.
- Po szóste, nawet samych stadionów nie traktowałbym wyłącznie w kategoriach „kosztownego luksusu”. W końcu kraj o 38 mln mieszkańców naprawdę powinien mieć te kilka przyzwoitych obiektów sportowych, a 40-tys. stadiony w milionowej wielkości aglomeracjach miejskich naprawdę nie wydają się przesadą. Warunek jest jeden – w ślad za EURO trzeba by zreformować polski futbol, tak żeby zamiast nędznej kopaniny stał się przynoszącą zyski i dostarczającą przyzwoitej rozrywki gałęzią gospodarki*.
* Wiem, że nie wszyscy się z tym zgodzą. Kiedy w jakimś wywiadzie powiedziałem, że kluby piłkarskie mogą normalnie funkcjonować, budować mocne drużyny i zapełniać trybuny tylko wtedy, jeśli potrafią przyciągnąć na mecze rodziny z klasy średniej, na forach internetowych przeczytałem że nic nie rozumiem, bo stadion nie ma służyć mieszczuchom z dziećmi, tylko prawdziwym kibicom.
