Wypowiedzi ministra finansów o konieczności nowelizacji budżetu w roku obecnym wprawiły w osłupienie ekonomistów. Część podejrzewa ukryte tajne plany grudniowej destabilizacji budżetu, częśc twierdzi że są to działania irracjonalne. Ja uważam, że da się to w pewien racjonalny sposób uzasadnić - choć uważam, że jest to działanie niewłaściwe i ryzykowne.
REKLAMA
Nowy minister finansów zaskoczył wszystkich. Wszedł do gmachu ministerstwa, rozejrzał się wokół, usiadł za swoim biurkiem, poprosił o kawę, zażądał kilku dokumentów o obecnym stanie finansów państwa (jak należy mniemać, ukrywanych dotąd skrzętnie przed okiem P.T. publiczności). A jak już je przeczytał - poczuł, jakby włosy stanęły mu dęba na głowie (co jest dość trudno zauważalne ze względu na fryzurę).
Odkrył więc, że w finansach państwa mamy dramatyczny kryzys. Dochody się walą, zobowiązania eksplodują, w kasie zabraknie w tym roku kilku miliardów. Nie pozostanie nic innego, jak tylko wziąć czapkę i iść po prośbie. Albo, innymi słowy, przeprowadzić w trybie ratunkowym nowelizację budżetu. Aby wszyscy dowiedzieli się o dramacie i aby Sejm pozwolił owe brakujące miliardy do tej czapki zebrać (czyli pożyczyć z rynku).
Ekonomistów i analityków sytuacja ta nieco zaskoczyła. Żyli dotąd w naiwnym przeświadczeniu, że budżet znajduje się w tym roku w sytuacji dość komfortowej. Wprawdzie dochody są niższe od oczekiwań (za co winili deflację - powodującą też, że realnie więcej warte są wydatki rządowe), ale deficyt budżetowy po 10 miesiącach też kształtował się znacznie poniżej oczekiwań. Nic nie wskazywało na żaden kryzys - i nadal nie wskazuje, zwłaszcza że GUS poinformował niedawno o bardzo przyzwoitym stanie gospodarki. A gdyby nawet minister uznał, że chce dokonać paru nowych wydatków i że rzeczywiście przydałoby mu się te ekstra kilka miliardów w budżecie, to zgodnie z całym dotychczasowym doświadczeniem z powodu takiej kwoty nie musiałby wcale nowelizować w grudniu budżetu - starczyłyby standardowe narzędzia bieżącego zarządzania wydatkami.
Ekonomiści zaczęli więc zażarcie dyskutować, o co może chodzić - czy rzeczywiście minister znalazł w budżecie coś, o czym nikt nie wie, czy też raczej planuje dokonać jakichś dodatkowych, gigantycznych wydatków w grudniu.
A moim zdaniem wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Nowy minister stara się wszem i wobec obwieścić, że finanse państwa są w tragicznym stanie. Zapewne po to, by ułatwić sobie trochę pracę - gdyby wszyscy uwierzyli, że już teraz jest bardzo źle, łatwiej byłoby wytłumaczyć zwiększenie przyszłorocznego deficytu (to przecież wina poprzedników, a nie nowych wydatków zaplanowanych przez rząd!). Być może też łatwiej byłoby o swoiste alibi wobec własnych wyborców i kolegów-ministrów (chcielibyśmy i nieba wam przychylić, ale dopiero teraz widać, jaką mamy katastrofę, więc może poczekajmy z częścią wydatków…).
Metoda bynajmniej w polskiej polityce nienowa. Ale naprawdę kiepska. Bo na wykreowaniu sztucznego „kryzysu budżetowego” na dłuższą metę rząd naprawdę nic nie zyska, a wszyscy możemy sporo stracić.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 3.12.2015
