O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Zdradziecki Standard & Poor's

Czy obniżenie ratingu Polski przez agencję Standars & Poor's to coś poważnego, czy też element politycznej intrygi wymierzone w rząd PiS?


Obniżenie przez agencję Standars & Poor's (S&P) ratingu polskich obligacji to bolesny cios dla polskiej gospodarki. Od piątku po południu jesteśmy wszyscy – i rząd, i polskie firmy, i polscy konsumenci – uznani za mniej wiarygodnych pożyczkobiorców, co oznacza że za zaciągane długi musimy płacić więcej, a za złotego jesteśmy w stanie kupić mniej dolarów i euro.


(Dla jasności załączam link do artykułu sprzed 4 lat z Polityki, w którym tłumaczyłem funkcjonowanie agencji ratingowych – w tym również kontrowersje, które się z tym wiążą.
Tekst linka).

Można mówić co się chce, można doszukiwać się spisków i wrogich inspiracji, można oskarżać krajowych zdrajców i zagraniczną finansjerę. Na użytek krajowej propagandy to pewnie wystarczy, bo przecież "ciemny lud to kupi". Ale mleko jest rozlane, i najbardziej nawet pomysłowe oskarżenia nic na to nie poradzą.


Politycy PiS i część publicystów szybko podchwyciło tezę, że ocena S&P ma charakter polityczny, a nie ekonomiczny. To brzmi nawet nieźle: skoro polityczny, to nie merytoryczny. Innymi słowy, nie ma się co przejmować, wiadomo jak to z polityką jest.


Ale to nie jest prawda. Ocena S&P nie dotyczy wcale polityki. Światowego giganta, S&P (2,5-3 mld dolarów rocznego dochodu), polska polityka specjalnie nie interesuje. S&P pieniądze zarabia na jednym: na informowaniu inwestorów, na ile prawdopodobne jest, że rząd danego kraju nie spłaci w terminie swoich długów. A obniżenie ratingu oznacza, że zdaniem S&P takie prawdopodobieństwo w ciągu minionych kilku tygodni znacząco wzrosło.

S&P wyraźnie mówi dlaczego: nie chodzi wcale o politykę, ale o osłabienie niezależności instytucji, które gwarantują stabilność polityczną i gospodarczą kraju. Wspomniane są: Trybunał Konstytucyjny i media publiczne. Ale między wierszami łatwo wyczytać, że chodzi o coś innego. S&P wyraźnie mówi: skoro większość parlamentarna uważa (i dowodzi swoimi działaniami), że ma absolutną władzę i żadna instytucja nie ma prawa "przeszkodzić w realizacji programu", to najprawdopodobniej prędzej czy później problem ten dotknie również NBP. NBP ma niezależność i konstytucyjny obowiązek obrony stabilności pieniądza. A to oznacza, że jeśli rząd prowadziłby nadmiernie rozrzutną politykę finansową, obowiązkiem NBP byłaby reakcja i zaostrzenie polityki pieniężnej. Chyba, że w taki czy inny sposób, prawny bądź personalny, niezależność NBP się skutecznie ograniczy. Tyle, że osłabienie takiego bezpiecznika na dłuższą metę niemal na pewno doprowadzi do poważnych kłopotów finansowych kraju.

Czy S&P ma rację? Zobaczymy. Czy konsekwencje decyzji S&P będą bolesne? To też zobaczymy, zależy to m.in. od tego, jak zachowają się pozostałe dwie globalne agencje ratingowe. Ale jedno jest pewne. Nasi politycy i publicyści mogą mówić i pisać co chcą, miotać oskarżenia i demaskować spiski. Tyle, że nie ma to żadnego znaczenia. Bo inwestorzy na całym świecie nie interesują się specjalnie tym, co mówi polski minister finansów, a jeszcze mniej tym, co wypisują na internetowych portalach polscy publicyści. Interesują się ratingiem. I od piątku każą wszystkim polskim instytucjom, od rządu poczynając, płacić wyższe odsetki, a za euro i dolara płacić więcej złotych.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

KRAJOBRAZ PO WYBORACH

WYNIKI, ANALIZY, KOMENTARZE