O autorze
Jestem ekonomistą, który stara się zrozumieć co się dzieje na świecie. Staram się też rozumieć różne punkty widzenia. Drażni mnie niekompetencja. Nie lubię teoretycznego doktrynerstwa. Nie cierpię populizmu w żadnej formie, ani „pseudosocjalnej” ani „pseudoliberalnej”. Zdaje się, że należę przez to do mniejszości, ale nie wykluczam że komuś może to odpowiadać.

Co się stało z Europą Środkową?!

Praktycznie we wszystkich krajach wyszehradzkich władze sprawują rządy w najlepszym razie eurosceptyczne. Świat się dziwi - kraje, które mogły być symbolem sukcesu transformacji i konsekwencji w dążeniu do dołączenia do Unii, dziś mogą się licytować na eurosceptycyzm z Brytyjczykami. Co się stało?


Rozmawiając z ekonomistami, finansistami, dziennikarzami z Zachodu coraz częściej muszę odpowiadać na pytanie: co się dzieje w Europie Środkowej? Świat tego nie rozumie, świat uważa że dzieje się coś bardzo dziwnego.


Z jednej strony, liczby i twarde dane – w które wierzą wszyscy, może z wyjątkiem części polityków z naszego regionu i nielicznej grupy związanych z nimi ekspertów – mówią o gospodarczym sukcesie. W ciągu 11 lat członkostwa w Unii Europejskiej kraje środkowoeuropejskie odnotowały znakomite, najlepsze od wielu dekad wyniki w zakresie rozwoju gospodarczego. Polska i Słowacja były najszybciej rozwijającymi się krajami Europy, osiągając niemal podwojenie PKB (przeciętny kraj zachodnioeuropejski odnotował w tym samym czasie łączny wzrost o nieco ponad 30%). Pozwoliło to na zmniejszenie niemal o połowę dystansu, dzielącego PKB na głowę mieszkańca od unijnej średniej. Czechy i Węgry radziły sobie nieco gorzej, ale również rozwijały się szybciej od Zachodniej Europy. Powstawały nowe fabryki i centra usługowe, waluty były stabilne, wzrastały płace i dochody. Do wszystkich krajów napływały corocznie miliardy euro unijnych funduszy, powstawały nowe autostrady, lotniska i nowoczesne linie kolejowe.


Z drugiej strony, we wszystkich krajach wyszehradzkich rosną w siłę partie eurosceptyczne lub wręcz wrogie członkostwu w UE. Na rozwijającej się znakomicie Słowacji niedzielne wybory przyniosły chaos – ale bez wątpienia chaos podszyty niechęcią do Unii. W Polsce rządzi partia, która wprawdzie o Unii wyraża się w sposób ostrożny, ale demonstracyjnie usuwa gwiaździste flagi z siedziby premiera (przez część jej polityków – bez żadnej reakcji ze strony kierownictwa – nazywane "unijnymi szmatami"), a władzę zdobyła szermując hasłem "Polski w ruinie". Na Węgrzech od lat rządzi premier nie pomijający żadnej okazji by krytykować Brukselę i wychwalać Moskwę. A Czechy – od lat politycznie niestabilne – należą do najsilniej eurosceptycznych narodów Unii.


Jak pogodzić jedno z drugim? Oczywiście, można twierdzić że kraje środkowoeuropejskie rozczarowały się Unią którą kiedyś, na etapie starań o członkostwo, przesadnie idealizowały. Ale sądzę, że prawdziwa odpowiedź jest gdzie indziej.

Ćwierć wieku temu żyliśmy w innych światach. Przeciętna pensja w krajach wyszehradzkich stanowiła około 5-7% pensji niemieckiej. Nikomu nie przychodziło nawet do głowy, by je porównywać: polska miesięczna pensja z trudem starczyłaby na opłacenie rachunku za kolację w przyzwoitej niemieckiej restauracji. Dziś obywatele Środkowej Europy zarabiają już, po przeliczeniu według bieżącego kursu walut, 30-40% tego, co Niemcy. I to się już daje porównać. Więc podróżujący swobodnie po całej Europie ludzie dopiero teraz zauważyli, jak skandalicznie mało zarabiają. A odpowiedzią stała się frustracja i rozwijająca się stopniowo niechęć do Unii.


Opublikowane w Rzeczpospolitej, 10.03.2016