Udział naszej drużyny w Euro zakończył się. Czy płyną z tego jakieś bardziej ogólne wnioski? I dla polskiej piłki, i dla Polski w ogóle?
REKLAMA
Udział naszej drużyny w Euro zakończył się. Czy płyną z tego jakieś bardziej ogólne wnioski? I dla polskiej piłki, i dla Polski w ogóle?
Owszem, płyną.
Po pierwsze, dla polskiej piłki nożnej. Żyjemy w kraju, w którym panuje powszechne przekonanie, że nasza drużyna narodowa zasługuje na sukces. Mimo że polski futbol jest przegniły od samych podstaw, liga jest żałosna, stojące za tym wszystkim finanse są (w najlepszym razie) mętne. Skąd się mają brać dobrzy, zmotywowani zawodnicy? Jedyną ewentualną większą motywacją może być chęć wyjazdu do dobrego klubu za granicą. Dawniej, np. 30 lat temu to może starczało do tego, by zawodnik grający w meczach reprezentacji stawał na głowie, aby wpaść w oko. W dzisiejszym świecie nie trzeba szukać takich okazji, więc jedyna ewentualna silna motywacja odpada.
To wcale nie jest przypadek, że nasza drużyna narodowa nie jest w stanie wygrać meczu nawet z europejskimi średniakami. Może jako naiwny ekonomista rozumuję zbyt prosto (znawcy futbolu pewnie mnie poprawią), ale wydaje mi się że na żałosnym fundamencie nie da się postawić żadnego solidniejszego domu. I żeby Polska kiedykolwiek miała szansę wyjść z jakiejkolwiek grupy eliminacyjnej, najpierw należałoby wykonać pracę u podstaw – m.in. oczyścić finansowy chlew zwany polską piłką, stworzyć warunki do powstania silnych i dobrze zarządzanych klubów, oczyścić stadiony z kiboli (bo jeśli oni zawłaszczają trybuny na meczach, nie chodzi na nie klasa średnia, która rzeczywiście może je utrzymać). Sama zmiana trenera, a nawet szefa PZPN tego cudu nie uczyni.
Po drugie, są wnioski dla polskiej gospodarki. Owszem, jesteśmy „zieloną wyspą”, bo radzimy sobie lepiej od innych. Trochę zasłużenie, ale w ogromnym stopniu też dzięki wielkiemu szczęściu (np. unijnym pieniądzom, które przyszły na sam czas, albo zapóźnieniu polskich banków, które dopiero tuż przed kryzysem nauczyły się śmielej udzielać kredytów).
Ale fundamenty rozwoju są naprawdę zbyt wątłe. Może nie tak wątłe jak w futbolu, ale jednak. Mamy gospodarkę przeregulowaną, duszoną przez nieudolnie działającą biurokrację. Ale nie tylko państwo jest winne – polskie firmy są nieinnowacyjne, ludzie w najlepszym razie średnio wykształceni. Ekonomiczna niekompetencja znacznej części społeczeństwa, w tym również tzw. elit często poraża. Jeśli dodać do tego fatalne perspektywy demograficzne, nie wygląda to różowo.
Jeśli nie zaczniemy pracy u podstaw, cud się prędzej czy później skończy. Tak jak mecz z Czechami.
