Według powszechnego w Polsce podejścia, negocjacje unijnego budżetu mają polegać na wyrywaniu wrogiemu krupierowi kart, tak by uzbierało się jak najwięcej punktów. 65 miliardów euro? Za mało, ciągniemy dalej. 70? Lepiej niż 65, ale nadal za mało. 75? Może by starczyło, ale kusi by ciągnąc dalej… oczywiście uważając, by nie przelicytować, bo będzie fura.
REKLAMA
Myślę jednak, że sposób w jaki zazwyczaj omawia się i komentuje tę sprawę w naszym kraju jest stanowczo zbyt uproszczony. Wszystko razem widziane jest podobnie do gry w blackjack, znanej u nas pod swojską nazwą oczko. Całe negocjacje mają polegać na wyrywaniu wrogiemu krupierowi kart, tak by uzbierało się jak najwięcej punktów. 65 miliardów euro? Za mało, ciągniemy dalej. 70? Lepiej niż 65, ale nadal za mało. 75? Może by starczyło, ale kusi by ciągnąc dalej… oczywiście uważając, by nie przelicytować, bo będzie fura. A tymczasem rzecz jest z pewnością bardziej skomplikowana – i to z kilku powodów.
Po pierwsze, obecne negocjacje budżetowe to wielkie starcie, którego wynik nie ogranicza się ani do pieniędzy, ani do prostej gry ciągnący-krupier. Z jednej strony mamy grupę wielkich płatników, którzy nie mieliby nic przeciwko zmniejszeniu swoich obciążeń, zwłaszcza w czasach powszechnych oszczędności budżetowych. Z drugiej kraje Południa, które chętnie widziałyby przekierowanie pieniędzy na wsparcie państw wysoko zadłużonych. Z trzeciej biorców funduszy strukturalnych (w tym Polskę), którzy ich zażarcie bronią. Z czwartej beneficjentów polityki rolnej, którzy zrobią wszystko by nie zostały w żaden sposób uszczuplone pieniądze dla ich farmerów. Osobna kategorią jest Wielka Brytania, która w sprawie budżetu rozgrywa swoją własną grę – w znacznej mierze motywowaną przez politykę wewnętrzną – dążąc do jego spektakularnej redukcji w imię zwycięstwa nad kontynentalnym potworem. Wszyscy mają jakieś swoje racje, wszyscy bezpardonowo o nie walczą.
Po drugie, jest to ważny test dla stosunku Polaków do integracji europejskiej. Do tej pory większość Polaków to euroentuzjaści – ale głównie w sferze akceptacji dla faktu, że budżet Unii współfinansuje wielkie programy modernizacyjne naszego kraju. Co stanie się jeśli dojdzie do kompromisu i na przykład okaże się, że pieniędzy jest mniej niż do tej pory? Nadal będziemy kochać Europę, czy też okaże się że poniżej 75 miliardów miłości nie ma? Jeśli stanie się to drugie, znaczyłoby to że zawarliśmy z Unią jedynie małżeństwo z wyrachowania, za pieniądze. Doświadczenie uczy, że takie małżeństwa nie są zbyt trwałe. Czy naprawdę poza funduszami strukturalnymi (i ewentualnie dopłatami dla rolników) na niczym innym nam w Unii nie zależy?
Po trzecie wreszcie, jest to chwila skłaniająca do refleksji nad polityka rozwojową naszego kraju. Obecne podejście przygniatającej większości polityków, samorządów, przedsiębiorców, mediów, a zapewne także całego społeczeństwa jest proste. Ważne jest jedynie to, czy pieniędzy będzie więcej czy mniej. A tymczasem najwyższy czas zastanowić się nie tylko nad tym, ile unijnych pieniędzy napłynie do Polski w ciągu nadchodzących 7 lat – ale w jaki sposób je najlepiej wykorzystać. Osobiście wolałbym 50 miliardów euro dobrze zainwestowane od 75 miliardów wyrzuconych na złe projekty. Potencjalni bezpośredni beneficjenci będą oczywiście bić się o każde euro, bo to dla nich oczywista korzyść. Ale z punktu widzenia rozwoju kraju sam fakt, że zdołamy wyszarpać nieco więcej, nie jest wcale najważniejszy. Ważniejsze jest ich efektywne zużycie, z czym nie zawsze jest najlepiej.
Kto nie wierzy, niech spojrzy na Grecję i Portugalię.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 16.11.2012
