Przełom roku minął pod znakiem ryzyka zsunięcia się Ameryki w głąb klifu fiskalnego. W ostatniej chwili osiągnięto porozumienie. Cała historia wygląda jak typowy happy end – ale wcale nim nie jest.
REKLAMA
Przełom roku minął pod znakiem ryzyka zsunięcia się Ameryki w głąb klifu fiskalnego… Albo innymi słowy, wybuchu recesji spowodowanej gwałtownymi cięciami wydatków publicznych i równie gwałtownym wzrostem podatków. Stało się jednak dokładnie tak, jak w westernie: w ostatniej chwili, zgodnie z najlepszymi tradycjami śpieszącej na odsiecz kawalerii Stanów Zjednoczonych, Kongres porozumiał się z Białym Domem w sprawie doraźnego porozumienia, które daje kolejne dwa miesiące na wypracowanie bardziej trwałego rozwiązania. Innymi słowy, fort został chwilowo uratowany, a czarne charaktery zmuszone do odwrotu.
Cała historia wygląda jak typowy happy end – ale wcale nim nie jest. Problem leży bowiem w tym, że to co może wyglądać na ważną bitwę (zakończoną szczęśliwym rozejmem), w rzeczywistości było tylko niewielką potyczką. W dodatku taką, w której żadnej ze stron nie zależało na rozstrzygnięciu. A prawdziwe bitwy dopiero przed nami.
Do obecnego kryzysu doszło w wyniku doraźnego porozumienia sprzed półtora roku. Ponieważ rząd USA nie ma prawa pożyczać z rynku więcej pieniędzy, niż to określa Kongres, latem 2011 prezydent Obama stanął w obliczu ryzyka bankructwa państwa. Oczywiście chodziło tylko o batalię formalno-prawną (inwestorzy nadal gotowi byli w każdej chwili pożyczyć setki miliardów dolarów). Ale zdominowany przez opozycyjnych Republikanów Kongres chwycił prezydenta za gardło i zaszantażował: albo szybka redukcja deficytu, albo brak zgody na zaciąganie pożyczek, a w ślad za tym formalne bankructwo. Kompromis udało się osiągnąć. Ale był on tylko czasowy – w razie braku trwałego porozumienia, od roku 2013 miały zacząć obowiązywać automatyczne cięcia wydatków rządowych.
Porozumienia nie osiągnięto, ale powodów do wielkiego niepokoju nie było. Równocześnie z automatycznymi cięciami, wygasały bowiem wprowadzone jeszcze przez prezydenta Busha ulgi podatkowe. Na to z kolei nie mogli sobie pozwolić Republikanie – więc obie strony skazane były w tej potyczce na poszukiwanie kompromisu.
Ale to wcale historii nie kończy – wręcz odwrotnie, to dopiero początek. Z jednej strony mamy bowiem skupionych wokół Baracka Obamę Demokratów, którzy kontrolują Biały Dom. Ich strategia walki z kryzysem polega na tym, by rząd kontynuował aktywną politykę pobudzania gospodarki z pomocą wielkich wydatków. Póki się da, finansowanych z pomocą nowo zaciąganych długów. Ale na dłuższą metę, finansowanych wzrostem podatków dla zamożniejszych Amerykanów.
Z drugiej strony stoją kontrolujący Kongres Republikanie. Dla nich strategia Obamy to ekonomiczna herezja. Republikanie wierzą bowiem, że wielkie państwo nie stanowi rozwiązania problemów, ale samo jest problemem. Że wielkość wydatków państwowych powinna być ograniczona tak, jak tylko się da, po to by umożliwić utrzymanie niskich podatków, a jednocześnie zlikwidować deficyt budżetowy. A wyjścia z kryzysu należy poszukiwać poprzez wspieranie przedsiębiorczości i obniżki podatków – a nie ich wzrost.
Póki co mamy tylko przygotowanie do wielkiej bitwy. Równo połowa Amerykanów popiera jedną partię, równo połowa drugą. Działa są naładowane, obie strony szykują się do walki. Przedłużanie potyczki na skraju klifu fiskalnego nikogo nie interesowało. Ale wybuch wojny na śmierć i życie wisi już na włosku. I prędzej czy później ta wojna wybuchnie, a za jednym klifem zobaczymy zapewne kolejne – znacznie bardziej przerażające.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 4.01.2013
