Ostatnie - ważne - przemówienie Davida Camerona przywiodło mi na myśl porównanie z bitwą pod Trafalgarem.

REKLAMA
Dnia 21 października 1805 roku, 27 brytyjskich okrętów liniowych dowodzonych przez admirała Horatio Nelsona natknęło się w okolicach przylądka Trafalgar na 33 okręty liniowe połączonych flot Francji i Hiszpanii. Siły były zbliżone – ale ogólna sytuacja obu stron nie. Anglia była w najwyższej potrzebie, Napoleon szykował inwazję na Wyspy. Aby wyeliminować to śmiertelne zagrożenie, Brytyjczycy musieli bezapelacyjnie wygrać – podczas gdy dysponującym większymi zasobami mocarstwom kontynentalnym do zwycięstwa wystarczył remis. Rozumiejąc to, admirał Nelson zdecydował się na hazardową zagrywkę. Zamiast toczyć zgodny z kanonami ówczesnej sztuki wojennej, standardowy artyleryjski pojedynek na odległość, rzucił swoje okręty do niekonwencjonalnego i skrajnie ryzykownego bezpośredniego ataku. Zaskoczył przeciwnika, przeciął jego linię, wprowadził zamieszanie, doszczętnie zniszczył wrogą flotę. Gdyby przegrał, jego imię byłoby przeklęte jako tego, który w ciągu dwóch godzin pogrzebał losy kraju. Ale wygrał, więc stał się bohaterem.
Dnia 23 stycznia 2013 roku premier David Cameron wszedł na mównicę, by ogłosić swoje plany co do relacji między Wielką Brytanią a Europą. Kraj był ponownie w najwyższej potrzebie. Z jednej strony, na kontynencie zachodziły niebezpieczne dla brytyjskiej pozycji procesy, związane z planami ściślejszej integracji krajów strefy euro. Rozkład sił wewnątrz Unii nie był dla Brytyjczyków korzystny – rosnąca potęga gospodarcza Niemiec groziła Londynowi ekonomiczną marginalizacją, planowany ściślejszy nadzór nad sektorem finansowym przerażał ulokowane w City banki (stanowiące dziś najważniejszy sektor brytyjskiej gospodarki), przepojona francuskim duchem brukselska biurokracja usiłowała narzucić szczegółowe, sprzeczne z anglosaskimi tradycjami, rozbudowane regulacje. Z drugiej strony większość brytyjskiego społeczeństwa – w tym zwłaszcza ludzie, którzy popierali konserwatystów – była gotowa natychmiast zagłosować za wyjściem kraju z Unii. A taki ruch mógł oznaczać odcięcie od europejskiego rynku i gigantyczne gospodarcze straty, których premier bynajmniej nie chciał.
Rozumiejąc to, premier Cameron zdecydował się na hazardową zagrywkę. Zamiast toczyć mało obiecujące negocjacje z niechętnymi mocarstwami kontynentalnymi z jednej strony, a z niezadowolonymi własnymi obywatelami z drugiej, rzucił się do niekonwencjonalnego i ryzykownego bezpośredniego ataku. Zaproponował referendum w sprawie pozostania Wielkiej Brytanii w Unii. Ale nie teraz – ale dopiero za 4 lata.
Zaatakował śmiało i z werwą. Krajowym krytykom wytrącił broń z ręki, bo w końcu to on sam zaproponował, by to naród wypowiedział się w sprawie członkostwa. W rozgrywce z kontynentalnymi mocarstwami zyskał potężne narzędzie nacisku, bo od tej pory może stale grozić – jeśli nie pójdziecie na ustępstwa w sprawach budżetu, kontroli sektora finansowego, narzucania nowych regulacji, albo jakiejkolwiek innej, Brytyjczycy z pewnością zagłosują za rozwodem. A jednocześnie do wyborów żadnego referendum przeprowadzać wcale nie musi, a co będzie potem – dopiero się zobaczy.
Zakończona zwycięstwem hazardowa zagrywka uczyniła z Nelsona brytyjskiego bohatera. Podobnie może stać się z Davidem Cameronem. Oczywiście jeśli zwycięży, bo w razie porażki zostanie tym, który w ciągu półgodzinnego przemówienia na nowo odciął Brytanię od Europy. Ryzyko podjął ogromne, a wynik walki wcale nie jest pewny.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 25.01.2013