Skusiło mnie, żeby napisać tekst o finansowaniu mediów publicznych. Wszyscy niby narzekają, ale mam wrażenie że obecnym ich stanem jest zainteresowane wiele grup interesów (i politycznych, i finansowych, i diabli wiedza jakich). W załączeniu tekst, opublikowany oryginalnie w Gazecie Wyborczej (18.01.2013)

REKLAMA
Kondycja finansowa mediów publicznych w Polsce zaczyna wyglądać zatrważająco. Polacy powszechnie uważają, że abonamentu nie należy płacić – akceptując jednak to, by publiczne media opłacane były z budżetu. To ma sens o tyle, że ściągalność podatków kształtuje się u nas o niebo lepiej od ściągalności abonamentu, więc jeśli już finansować w taki sposób, to choć skutecznie. Inna sprawa, czy w tym celu nie byłoby konieczne nieznaczne podniesienie stawek podatku PIT.
Druga rzecz – przyznaję, dla mnie znacznie bardziej zatrważająca – to jednak to, co dzieje się z publiczną telewizją. W pogoni za reklamami dostosowuje ona w znacznej mierze swoje programy do tego, co pokazuje komercyjna konkurencja, płacząc jednocześnie z powodu niepotrzebnych (jej zdaniem) obostrzeń, takich jak zakaz przerywania filmów reklamami. W takiej sytuacji rzeczywiście można zadać sobie pytanie – po co płacić abonament na instytucję, która z powodów finansowych chce (a właściwie musi) zachowywać się dokładnie tak, jak jej niepubliczni rywale?
Z obecnej sytuacji niezadowoleni są wszyscy:
(1) Publiczna telewizja jest chronicznie niedofinansowana. Jednocześnie ma powody uważać, że z jednej strony nałożono na nią „misyjne” obowiązki (które nie obciążają nadawców prywatnych), a z drugiej niepotrzebnie spiętrzono przed nią trudności w zdobywaniu pieniędzy z reklam.
(2) Prywatne telewizje komercyjne uważają, że publiczna telewizja jest nieuczciwym konkurentem na rynku reklam telewizyjnych (bo uzyskuje dotację z budżetu).
(3) Podatnicy mają prawo uważać, że wypełnienie „misji” zaczyna wyglądać na smutny obowiązek, a nie sens istnienia telewizji publicznej. A wówczas pada pytanie: po co na nią płacić? I dlaczego w takim akurat zakresie – a nie mniejszym?
(4) Widzowie poszukujący w publicznej telewizji programów odmiennych od tych, które zajmują główny czas antenowy w telewizjach komercyjnych, zazwyczaj ich nie odnajdują (bo publiczna telewizja uczestniczy w nieustającym wyścigu o oglądalność, bez której nie ma reklam).
Czy nie należałoby spróbować poszukać innego sposobu finansowania, który zapewnia mediom publicznym odpowiednie środki, a jednocześnie w większym stopniu wymusza – i jednocześnie umożliwia - realizację ich rzeczywistej społecznej misji? W dalszym ciągu tekstu będę pisać o publicznej telewizji, ale wszystkie uwagi można też odnieść do publicznego radia.
Po pierwsze, należałoby wyraźnie wydzielić środki na utrzymanie infrastruktury publicznych mediów, niezbędnej do realizacji zakładanych przez państwo celów. Środki te powinny być zagwarantowane z budżetu (ewentualnie, jeśli to niezbędne, ściągane dodatkowo w ramach PIT). Taki „stały” budżet mógłby być przeznaczony na te funkcje, których nie chcą/nie muszą spełniać media prywatne – np. bezstronne informacyjne radio, programy regionalne, publiczny, powszechnie dostępny i bezpłatny kanał telewizyjny, kanał satelitarny dla zagranicy. Oczywiście ze stałą analizą jak duże są to potrzeby, a także tego czy np. w dobie radia internetowego trzeba utrzymywać całą dotychczasową infrastrukturę radia tradycyjnego, albo czy jest sens utrzymywać odrębny kanał satelitarny dla zagranicy.
Po drugie, należałoby całkowicie zakazać reklam komercyjnych w publicznej telewizji (ew. poza reklamami społecznymi). W ten sposób, w swoim najlepszym interesie, telewizja publiczna zostałaby odcięta od udziału w wyścigu oglądalności. Nie mając takiego balastu, mogłaby zająć się emisją programów bardziej wartościowych, licząc się z ich mniejszą widownią. Nie mam wątpliwości, że w takich warunkach jakość programów mogłaby wzrastać, a wraz z nią widownia.
Po trzecie, należałoby stworzyć fundusz misji publicznej, w wysokości która pozwalałaby w komfortowy sposób sfinansować działalność mediów publicznych – oczywiście pod warunkiem, że publiczna telewizja umiałaby uzyskać w tej dziedzinie odpowiednią przewagę nad mediami komercyjnymi, wygrywając konkursy na realizację zamawianych programów (byłoby to radykalnie ułatwione przez brak konieczności pogoni za reklamami oraz możliwości oferowania atrakcyjnego czasu antenowego na takie programy). Konkurencja ze strony mediów komercyjnych w zakresie realizacji takich programów byłaby jednak stałym czynnikiem motywującym do podnoszenia standardów artystycznych i atrakcyjności programów publicznej telewizji.
Po czwarte, środki na ten fundusz należałoby zdobyć głównie z opłaty pobieranej od zwiększonych dochodów z reklam uzyskiwanych przez stacje komercyjne (telewizja publiczna zbiera obecnie znaczącą część tych wpływów, więc opłata w wysokości np. 20-25% mogłaby być dla nich finansowo neutralna, zwłaszcza wobec oczekiwanego w takich warunkach wzrostu cen czasu reklamowego). Konstrukcja taka byłaby zbliżona do tzw. podatku Grattiniego, którym obciążono we Włoszech reklamy firm faramceutycznych, kierując środki na ważne – ale niezbyt pociągające dla tych firm – badania nad rozwojem leków nie przynoszących dużych zysków.
Po piąte, w takiej sytuacji można byłoby również rozważyć prywatyzację jednego z programów publicznej telewizji, przeznaczając pozyskane środki na finansowanie misji publicznej. Wielkość mediów publicznych dostosowałaby się bowiem z czasem do pełnionych funkcji, a nie byłaby wynikiem stałej walki o wyszarpanie odpowiedniej dotacji budżetowej i zdobycie oglądalności kosztem jakości programów.
Jak się wydaje, takie rozwiązanie mogłoby być na dłuższą metę atrakcyjne dla wszystkich zainteresowanych stron. Publiczna telewizja nie musiałaby licytować się z nadawcami prywatnymi na oglądalność w głównym czasie antenowym, zamiast tego koncentrując się na przygotowywaniu wysokiej jakości programów które wygrywałyby w konkursach funduszu misji publicznej. Media komercyjne nie miałyby groźnego (i ich zdaniem w nieuczciwy sposób uprzywilejowanego) konkurenta w walce o reklamodawców, a im skuteczniej walczyłyby o reklamy, tym więcej pieniędzy byłoby zbieranych na finansowanie misji publicznej. Nie byłyby jednocześnie odcięte od możliwości uczestnictwa w konkursach, choć ich pozycję w naturalny sposób ograniczałyby małe możliwości oferowania atrakcyjnego czasu antenowego i konieczność rezygnacji z reklam w czasie nadawania programów finansowanych z funduszu. Podatnicy odczuliby ulgę, bowiem koszty funkcjonowania i skala telewizji publicznej zostałyby dostosowane głównie do pełnienia misji publicznej, a jednocześnie zniknęłoby trudne pytanie o sens dofinansowywania telewizji działającej w podobny sposób do mediów komercyjnych.
Ale najbardziej skorzystaliby widzowie, bowiem zwolniona z obowiązku pogoni za słupkami oglądalności telewizja publiczna mogłaby zająć się tym, co robić powinna – czyli realizacją polityki kulturalnej i informacyjnej państwa.
Opublikowane w Gazecie Wyborczej (18.01.2013)