W Gazecie Wyborczej z 24 stycznia pan Maciej Strzembosz polemizuje z moimi poglądami dotyczącymi finansowanie mediów publicznych...

REKLAMA
W Gazecie Wyborczej z 24 stycznia pan Maciej Strzembosz polemizuje z moimi poglądami dotyczącymi finansowanie mediów publicznych. Polemika ("Ratujmy media publiczne małymi krokami") jest bardzo kulturalna i napisana w miłym tonie, nie mam oczywiście żadnych pretensji. Pan Strzembosz (prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych) zna oczywiście znacznie lepiej ode mnie realia dzisiejszych polskich mediów, choć w równie oczywisty sposób prezentuje punkt widzenia jednej tylko z grup zainteresowanych ich funkcjonowaniem - żyjących zeń producentów telewizyjnych.
W swojej polemice pan Strzembosz uzasadnia, dlaczego jego zdaniem nie wchodzi w grę obciążanie opłatami reklam nadawanych przez nadawców niepublicznych (choć argument o tym, jak słaby i biedny jest polski rynek reklamowy w Polsce nie brzmią do końca przekonująco, jeśli mówimy o kilku miliardach złotych!). W związku z tym odrzuca też pomysł zakazu reklam w telewizji publicznej, w zamian postulując aby lepiej ściągać abonament i ratować (opcjonalnie: uzdrawiać) media publiczne dosypując im więcej pieniędzy.
Wszystkie finansowe argumenty pana Macieja Strzembosza są oczywiście warte dyskusji. Problem widzę gdzie indziej. Mój polemista dzielnie walczy z takimi czy innymi pomysłami biznesowymi, domagając się tylko większych pieniędzy od podatników. Natomiast całkowicie pomija milczeniem główną myśl mojego artykułu - tę, że wyścig o reklamy (oglądalność) jest samobójczy dla mediów publicznych i w ogóle stawia pod znakiem zapytania sens ich istnienia. A skoro tak, to żadne dosypanie większych pieniędzy od podatników (choć pożądane z punktu widzenia insiderów) problemu nie rozwiązuje!