Zbliżająca się nieuchronnie kolejna zmiana władzy w Chinach wywołała – jak zwykle, gdy chodzi o wydarzenie tajemnicze, niezwykle ważne i bardzo rzadkie – wiele komentarzy dotyczących wyzwań, stojących przed Państwem Środka.

REKLAMA
Zbliżająca się nieuchronnie kolejna zmiana władzy w Chinach wywołała – jak zwykle, gdy chodzi o wydarzenie tajemnicze, niezwykle ważne i bardzo rzadkie – wiele komentarzy dotyczących wyzwań, stojących przed Państwem Środka. Przeważają opinie, że są to problemy o których reszta świata mogłaby tylko marzyć – ot, ryzyko że tempo wzrostu PKB obniży się z 10% do 7%, albo konieczność zwiększenia konsumpcji wewnętrznej, po to by gospodarka zaczęła więcej importować i nie była aż tak zależna od eksportu. Istny raj!
Otóż wcale to nie jest raj. Problemy Chin są ogromne – i bardzo trudne do rozwiązania. Bogatym mieszkańcom Zachodu, marzącym o uzyskaniu 3% wzrostu PKB, „grożące” Chinom 7% oczywiście wydaje się rajem. Przyzwyczajonym do hojności państwa socjalnego Europejczykom, którym od lat powtarza się że państwowe gwarancje muszą być ograniczone, chińskie projekty rozbudowy sfery socjalnej brzmią jak słodkie obietnice. A burzącym się przeciw przymusowym oszczędnościom Grekom czy Hiszpanom może się wydawać, że nic prostszego, jak tylko zwiększyć konsumpcję.
Ale w rzeczywistości rozwiązanie tych problemów w Chinach nie będzie wcale łatwe. Przede wszystkim, jak wskazuje doświadczenie wielu krajów, tak wysokie tempo wzrostu gospodarczego jak do tej pory daje się utrzymać jedynie w warunkach szybkiego wzrostu eksportu i chronicznej nadwyżki eksportowej (czyli kredytowania nabywców). Kraje, które rozwijają się w oparciu o popyt wewnętrzny mają długookresowe tempa wzrostu znacznie niższe. Jeśli więc Chiny rozbudują państwo socjalne i zachęcą do konsumpcji, wyhamują wzrost eksportu i wzrost PKB. Zwłaszcza, że jednocześnie na rzecz spowolnienia wzrostu oddziaływać będą czynniki demograficzne (starzenie się społeczeństwa) i konkurencja ze strony nowych, głodnych sukcesu „wschodzących rynków”.
No to co? - można by się zapytać, zwracając uwagę że przecież nawet 5% długookresowego wzrostu brzmi znakomicie. W Europie może tak, ale nie w Chinach. Chiny nie są krajem demokratycznym, rządzący nimi zawdzięczają legitymację swojej władzy temu, że dostarczają ludziom pracę i szybki wzrost dochodów. Jeśli gospodarka spowolniłaby – nawet do owych 5% - efektem stałyby się prawdopodobnie miliony bezrobotnych. A owi bezrobotni mogliby cofnąć swoje milczące poparcie dla władzy. W historii zdarzało się to niejednokrotnie: od tysięcy lat dynastie cesarskie, które nie potrafiły zapewnić Chińczykom skutecznej władzy i dobrobytu, były obalane przez zbuntowanych poddanych i zastępowane innymi. Obecni władcy nie używają wprawdzie tytułów cesarskich, ale pod wieloma względami ich sytuacja nie różni się od sytuacji dawnych monarchów. Nic więc dziwnego, że strach przed spowolnieniem wzrostu jest strachem paraliżującym, trudnym do zrozumienia dla demokratycznych społeczeństw Zachodu, w których ceną za pogorszenie sytuacji gospodarczej mogą być najwyżej przegrane wybory.
Reasumując: temu, kto cierpi na nadmierną skłonność do konsumpcji (czyli społeczeństwom Zachodu), trudno zrozumieć jak można cierpieć w sytuacji odwrotnej, nadmiernej skłonności do oszczędzania (jak w Chinach). Otyły łakomczuch nigdy nie zrozumie więc ascetycznego anorektyka. Ale obaj mają swoje problemy, równie bolesne i trudne do rozwiązania.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 8.03.2013