Ni z tego, ni z owego minister finansów zaczął wskazywać NBP jako winnego konieczności nowelizacji budżetu. Czy ma rację, czy też nie, nie powinien był czegoś takiego w ogóle publicznie mówić.

REKLAMA
Pamiętam, jak kilka lat temu minister Rostowski zapytany przez kogoś o stopy procentowe, z niejaką wyższością odpowiedział: "jako minister finansów nigdy publicznie nie komentuję decyzji banku centralnego".
Oczywiście miał rację, takie zasady obowiązują w cywilizowanym kraju, choć niemal zawsze rząd ma jakieś pretensje do banku centralnego i vice versa. W Polsce także wszyscy się tej zasady trzymają, ale tylko do czasu gdy nie ma żadnych poważniejszych problemów.
Nie piszę tego po to, by bronić działania Rady Polityki Pieniężnej. Uważam, że w ciągu ubiegłych 12-18 miesięcy Rada prowadziła politykę błędną, o czym zresztą wiele razy pisałem i mówiłem (nie tylko ja). Nie sądzę, by negatywne efekty tych działań były aż tak poważne, ale niewątpliwie jakieś są.
Za kłopoty budżetu odpowiada w pierwszej kolejności recesja w Zachodniej Europie, w drugiej nienajlepszy rozkład w czasie programu konsolidacji finansów publicznych (redukcji deficytu) w latach 2010-12. Konkretnie, zbyt późno podjęte działania stabilizacyjne, które spowodowały że w roku 2010 w którym wzrost PKB gwałtownie przyspieszał mieliśmy deficyt większy, niż w kryzysowym roku 2009, a w latach 2012-13 (mimo pogarszającej się z kwartału na kwartał sytuacji gospodarczej w Zachodniej Europie i słabnącego wzrostu w Polsce) musieliśmy kontynuować poważny program oszczędności. Polityka pieniężna moim zdaniem też się przyczyniła do kłopotów, ale w daleko mniejszym stopniu.
Minister zagrał w polityce fiskalnej w latach 2010-13 dość ryzykownie i nie wszystko poszło po jego myśli. Oczywiście oskarżenia pod jego adresem są przesadzone, a nasze finanse publiczne nie są w żadnym stanie zapaści. Mimo to, teraz jest rachunek do zapłacenia za błędy - głównie w polityce fisklanej, choć w pieniężnej w pewnej mierze też.
Ale na pewno nie zapłaci się go poprzez wskazywanie palcem na NBP. A w ogóle, to robić tak nie wypada.